sobota, 30 marca 2013

"Dreszcz" - Jakub Ćwiek

AC/DC ponad wszystko!

   Większość czytelników polskiej fantastyki z pewnością kojarzy nazwisko Jakuba Ćwieka. Swoją przygodę z jego twórczością rozpoczęłam już jakiś czas temu, czytając (niestety we fragmentach) jego powieści takie jak „Kłamca” i jego kontynuacje. Ostatnio miałam okazję poznać również „Dreszcz” – historię równie świetną jak poprzednie tytuły Ćwieka. Dawka humoru przekracza tutaj wszelkie granice, bohater przyprawia czytelnika o niepohamowane ataki śmiechu, a co najważniejsze: rock n’ roll wciąż żyje i ma się znakomicie.

   Rychu Zwierzchowski żyje na luzie. Pije, pali, gra i słucha (nie tylko) AC/DC. Wszelkiej pracy unika jak ognia. Dzięki córce, która utrzymuje go od dłuższego czasu, ma zapewniony byt na osiedlu Tysiąclecia. Aż nagle przychodzi taki dzień, kiedy Rychu obrywa piorunem. I dostaje super moce. W jaki sposób wykorzysta ich w swoim życiu? Czy cokolwiek to zmieni?
 "-Co mi się stało? - zapytał   -Wersja dugo czy krótko?   -Krótka.   -Pieron cie ciulnoł." [str.37]
   Ta książka była jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier. Lubię „luzacki” styl Ćwieka, który pozwala na oderwanie się od rutyny. „Dreszcz”, jak mogę śmiało powiedzieć, w żadnym stopniu mnie nie rozczarował, przeciwnie, bawiłam się tak świetnie, że po przeczytaniu ostatniej strony miałam ochotę na więcej. Cały pomysł, mówiąc ogółem, był trafiony w dziesiątkę. Niby niepozorny, nieco uproszczony, a jednak tak świetny, że człowiek czuje się uzależniony od tej książki. Nie brakuje jej humoru, mocnej muzy i przezabawnych momentów, a już wykorzystanie gwary śląskiej i połączenie jej z prześmiesznymi tekstami – no po prostu świetne. Co więcej, choć historia wydaje się zwyczajna, w żadnym wypadku taka nie jest. To złudzenie znika, kiedy poznajemy głównego bohatera.
 "Dobra - zwrócił się do policjanta - więc co możemy dla ciebie zrobić? Zaznaczam, że nie biorę w tyłek i nie całuję w usta. Kolega odwrotnie." [str.150]
   No właśnie, bohater, czyli Rysiek, Rychu, „Zwierzu” Zwierzchowski. Gość, który żyje na luzie, muzie i mocy browara, bo taki oczywiście ma styl. Odpowiedź gotową ma na wszystko, potrafi wkurzyć lub zjednać sobie innych, a w szczególności samych strażników prawa. Kiedy zyskuje swoje super moce, staje się jeszcze bardziej „zelektryzowany”, co widać na każdym kroku jego działań. Przyznać trzeba, że postać bogata w różne cechy, choć niektórych może irytować, to głównie zyskuje ogromną sympatię i respekt na dzielni (jak mówią znajomi z osiedla). Mówiąc krótko, ten bohater nakręca całą historię i gdyby nie tak swobodna i jednocześnie świetna kreacja Ryśka, pewnie nie byłoby tak dobrej książki. Bo dodajmy jeszcze do tego, kreowanie bohaterów Ćwiekowi wychodzi bardzo dobrze, co dowodem na to jest choćby przyjaciel Zwierza, Alojz, czy Benjamin. Każda z tych postaci ma w sobie coś ciekawego, co stwarza charakter dobrze przyswajalnej historii.
 "Cholera - mruknął - to miejsce nie mogłoby być bardziej pedalskie, nawet gdyby Elton John ubrany tylko w kraciasty fartuszek serwował tu marynowaną kiełbaskę George'a Michaela." [str.147]
   To, dlaczego tak dobrze czyta się „Dreszcz”, jest zasługą niekończącego się humoru, jaki towarzyszy tej powieści. Co muszę powiedzieć, dawno nie czytałam książki z tak wielką dawką humoru. Dialogi, przemyślenia czy same działania bohaterów są ukazane w komiczny sposób, mają charakter w pewnym sensie parodii, która świetnie umila czas czytelnikowi. Fabuła ma swój totalny luz, totalny spokój, który udziela się czytelnikowi podczas lektury. Taki literacki chillout, który fantastycznie oddziałuje na odbiorcę, zapewniając dawkę dobrej rozrywki na kilka godzin. Godzin, to trzeba podkreślić, bowiem historia wciąga i niestety szybko się kończy…
 ""Prawdziwy superbohater". To samo w sobie brzmiało jak ten...no...oksygen." [str. 74]
   Jeśli do tej pory nie znaliście twórczości Ćwieka, bądź dopiero zaczynacie przygodę z jego książkami, „Dreszcz” jest idealnym tytułem, żeby przekonać się do jego pióra. Lekko, na luzie i z duża dawką humoru  i muzy – to przepis powstałych historii tegoż autora. Do tej pory nie mogę zapomnieć mnóstwa śmiechu i dobrej zabawy podczas lektury tego tytułu. Choć do dobrej fantastyki jeszcze jej brakuje, to należy powiedzieć, że jest na dobrej drodze, aby osiągnąć sukces. Nie tylko na naszym rynku. Polecam serdecznie lekturę „Dreszcza”. Ja już nie mogę doczekać się kolejnego tomu przygód Ryśka.
Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: Dreszcz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: marzec 2013
Liczba stron: 296

wtorek, 26 marca 2013

"Szamanka na szpilkach" - Anna Hunt

Szamanem (nie)każdy być może...

   „Szamanka na szpilkach” to tytuł, po który od razu chce się sięgnąć. Nie tylko prosta okładka, ale ciekawy opis potrafią przyciągnąć jak magnes. Literatura kobieca i literatura podróżnicza razem? To da się zrobić. Udowadnia to Anna Hunt w swojej powieści, którą my, jako czytelnicy, od niedawna możemy poznać. Muszę przyznać, że dawno nie wciągnęła mnie tak mocno zwyczajowa opowieść. Ciekawa wędrówka bohaterki przez Peru i jej ścieżka do szamanizmu po prostu niesamowicie pochłania odbiorcę. A co więcej, drogie czytelniczki, intrygujący i przystojny bohater, nie raz wzbudza mieszankę najróżniejszych emocji.

   Anna, główna bohaterka powieści, postanawia oderwać się od stresującej pracy i wyjechać do Peru. Jej trzymiesięczny pobyt poza granicami Londynu nie wzbudza uznania u jej znajomych, którzy nie traktują poważnie jej decyzji. Na miejscu, wśród amazońskiej dżungli, Anna poznaje Maximo – miejscowego szamana, przystojnego i intrygującego mężczyznę, z którym nawiązuje bardzo burzliwy romans. Pewnego dnia słyszy propozycję Maximo, aby została jego uczennicą. Kobieta postanawia spróbować nauki szamanizmu, która kompletnie odmieni jej życie…

   Tytuł ten z miejsca przypadł do gustu. Lubię od czasu do czasu poczytać lekką i niezobowiązującą lekturę, która pozwoli na oderwanie się od spraw codziennych. I w książce Anny Hunt właśnie to dostałam – lekkość, zwyczajność i powiew kobiecości. Ale ponadto historia pozytywnie zaskakuje pod względem motywu podróży do Peru i nauki szamanizmu. Kto by pomyślał, że z banalnej z pozoru powieści można stworzyć mocno wciągającą historię? „Szamanka na szpilkach” jest dowodem na to, że taka mieszanka może przynieść wiele korzyści. Tę książkę czyta się niesamowicie szybko, co więcej, ciekawość nie pozwala na odłożenie jej w trakcie trwania akcji. Wiele momentów potrafi zaskoczyć, co, wydawać by się mogło, w przypadku tego typu książek bywa rzadkim zjawiskiem. Powieść Anny Hunt jednak łamie wszelkie stereotypy dotyczące literatury kobiecej, bowiem jest w zupełności pełna niespodzianek i nieprzewidywalnych zdarzeń.

   Podróż po Peru wraz z bohaterami, należy przyznać, wygląda bardzo realistycznie. Podobnie nauka szamanizmu, obrzędy, zwyczaje… To wszystko zostało oddane w najmniejszym szczególe,  powiedziałabym, z bardzo dobrą precyzją, która pozwala na łatwe wyobrażenie sobie otoczenia i wydarzeń, jakie mają miejsce w powieści. Sama miałam ochotę przenieść się do Peru i zwiedzić go razem z Anną. Dotąd nie patrzyłam na ten kraj w tak dokładny sposób, jednak po lekturze „Szamanki na szpilkach” mam wielką ochotę odwiedzić ten kraj.

   Zwrócę może uwagę na Maximo, bohatera, który wiele namiesza w całej fabule. Dla wielu czytelniczek z pewnością będzie on niezwykle uwielbianym mężczyzną, jednak niektórym może wydawać się zbyt wyidealizowany. Przyznam, że ciężko mi stwierdzić, po której stronie miałabym się znaleźć. Z jednej strony ten przystojny szaman nie raz wzbudzał moją ciekawość i niesamowicie intrygował, ale też czasem potrafił wkurzyć. Patrząc na niego trzeźwym okiem, można uznać go za postać trochę przefantazjowaną jak na obyczajowe standardy, jednak z drugiej strony – dlaczego by nie pofantazjować choć trochę? Trudno mi określić jego całokształt, ale co trzeba przyznać – potrafi gość namieszać. Oj potrafi.

   „Szamanka na szpilkach” to niezwykle zaskakująco dobra powieść. Z jednej strony lekka i przyjemna, z drugiej niesamowicie intrygująca i wciągająca. Choć nie należy do wspaniałych lektur, po których słychać wszechobecne „ochy” i „achy”, to należy jej przyznać, że potrafi przekonać do siebie czytelnika swoją treścią. Anna Hunt stworzyła historię pełną niespodzianek, z mnóstwem ciekawostek i zagadnień z dziedziny szamanizmu. Z tą książką można przeżyć świetną podróż po Peru, nawet jeśli nie możemy być tam fizycznie, ta powieść pozwala choć w cząstce odczuć klimat tamtego kraju. Z pewnością tytuł ten przypadnie do gustu nie tylko zwolenniczkom kobiecej literatury, lekkiej i niezobowiązującej, ale również fanom podróży i, być może, zainteresowanych fachem, jakim jest szamanizm. Z mojej strony mogę zapewnić, że z tą powieścią nie można narzekać na brak nudy. Ma w swoim zanadrzu wiele niespodzianek, których z pewnością nie zawaha się na was użyć. Polecam serdecznie.
Autor: Anna Hunt
Tytuł: Szamanka na szpilkach
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: marzec 2013
Liczba stron: 488

poniedziałek, 25 marca 2013

"Ghostman" - Roger Hobbs

Człowiek duch

   Przygodę z literaturą sensacyjną rozpoczęłam już dość dawno i teraz chętnie sięgam po tego typu tytuły. Ostatnim, jaki miałam okazję przeczytać, był „Ghostman” autorstwa amerykańskiego pisarza Rogera Hobbs’a. Sam opis tej książki wprawia czytelnika w zaciekawienie – zapowiada naprawdę wiele emocji i momentów akcji. W wielu książkach opisy stwarzają jedynie pozory, jednak w przypadku tego tytułu jest inaczej – zwiastun fabuły nie oddaje w pełni świetności całej historii. Wciąga i niesamowicie uzależnia, to można z pewnością zagwarantować czytelnikowi.

   Napad na bank w Atlantic City kończy się fiaskiem. Organizator napadu zmuszony jest wezwać na pomoc mężczyznę, którego imię zna niewielu – Jacka. Nikt naprawdę nie wie, kim on jest, ukrywa się. Specjalizuje się w ucieczkach i ukryciach, dlatego staje się idealnym kandydatem do zatarcia wszelkich śladów zorganizowanego napadu. Jack będzie miał trudne zadanie przed sobą – w poszukiwanie zaginionych pieniędzy, prócz FBI, zamieszany jest miejscowy gang, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel…

   Książka Rogera Hobbs’a to kolejny thriller/ powieść sensacyjna, która zagościła na mojej półce. Nie powiem, obawiałam się nieco lektury tego tytułu: ciekawostką jest, że prawa do jej ekranizacji zostały wykupione jeszcze rok przed publikacją. Wydawało mi się, że skoro coś już zostało wykupione, z jednej strony może zwiastować kawał dobrej historii, lecz z drugiej nastawienie się na takie coś mogło skończyć się rozczarowaniem. Dlatego z rezerwą podeszłam do jej lektury. Na szczęście „Ghostman” okazał się nie tyle wciągającą powieścią, lecz niesamowicie uzależniającą. Przyznam, że dawno nie czytałam tak świetnie rozpisanej historii o podłożu sensacyjnym. Wątek podjęty już od pierwszej strony kontynuowany jest do samego końca, w tym czasie dzieje się niesamowicie wiele akcji, wokół fabuły autor stworzył mroczną aurę tajemniczości, co dodatkowo wzbudza zainteresowanie i zaintrygowanie powieścią. Wciąż pojawiają się momenty zaskakujące, co pobudza adrenalinę i tworzy prawdziwe dreszcze na skórze czytelnika.

   „Ghostman” należy do tego typu książek, gdzie w krótkich rozdziałach autor traktuje akcję w pewien sposób prosto i z sensem, nie rozpisując i nie wywodząc na niepotrzebne tematy. Naprawdę łatwo wpasować się w rytm akcji, co pomaga nie tyle w zrozumienie przekazywanej treści, ale również na szybkie czytanie, może nawet wręcz błyskawiczne (jak było w moim przypadku). Ponadto narracja sprzyja fabule – bardzo dobrze czyta się pierwszoosobową wersję, jaką wykreował Hobbs. Luźno, z sensem, jak podkreślałam, oraz z mnóstwem specyfiki, która pojawia się w piórze danego pisarza. Tym razem jest to mocna dawka dobrej sensacji, którą czuć podczas lektury, praktycznie w każdym zdaniu, który opisuje dane wydarzenie.

   Można rzec, że Roger Hobbs odwalił kawał dobrej roboty. Powieść, jaką udało mu się napisać, naprawdę potrafi wciągnąć i nie pozwoli na oderwanie się choćby na moment. „Ghostman” posiada wszystkie cechy literatury sensacyjnej i thrillera – mnóstwo akcji, nieprzewidywalne zdarzenia i przede wszystkim multum zagadek, jakie towarzyszą fabule. Nic więc dziwnego, że producenci filmowi zainteresowali się tym tytułem. Miejmy tylko nadzieję, że ekranizacja tej powieści okaże się w równej mierze tak dobra jak ona sama. Naprawdę świetna książka. Polecam!
Autor: Roger Hobbs
Tytuł: Ghostman
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: marzec 2013
Liczba stron: 340

czwartek, 21 marca 2013

"Świat bez bohaterów" - Brandon Mull

Na świecie brak już bohaterów...

   Brandon Mull to pisarz znany przede wszystkim przez czytelników jako autor „Baśnioboru”. Jednak w tym roku możemy poznać kolejną jego serię, wydaną nakładem wydawnictwa Mag. „Świat bez bohaterów” rozpoczyna przygody dwójki nastolatków którzy trafiają do innego, magicznego świata, który staje w obliczu wielkiego zagrożenia. Co prawda nie czytałam jeszcze poprzednich książek tego autora, niemniej jednak skłaniam się ku stwierdzeniu, że pisarz ten, jak mało kto potrafi utworzyć magiczną fabułę od podstaw i rozwinąć ją w sposób naprawdę ciekawy, który pozwoli czytelnikowi choć na chwilę przenieść się do innego wymiaru…

   Jason jest zwykłym nastolatkiem, który narzeka na ciągłą nudę w jego życiu. Nadchodzi taki dzień, kiedy podczas pobytu w zoo staje się rzecz niezwykła – przenosi się do magicznego świata, zwanego Lyrian. Kraj ten żyje w ciągłym niebezpieczeństwie i obawie mieszkańców przez Maldorem, złym cesarzem i czarnoksiężnikiem. Wraz z Rachel, która również dostaje się do Lyrianu, są jedyną nadzieją na to, że uda im się obalić Maldora i jego złe praktyk. Jednak nic nie jest proste, zwłaszcza, jeśli się jest Pozaświatowcem…

   Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej powieści, skojarzyła mi się ona z serią o Narnii. No wiecie, przeniesienie się do magicznej krainy, gdzie władzę dzierży zły przywódca i tylko bohaterowie, którzy do niej trafiają, są w stanie poradzić sobie ze złem tam panującym. To odrobinę dało mi do myślenia: kurczę, a co będzie, jeśli ten autor powielił jedną z moich ulubionych serii? Zaryzykowałam. Za bardzo kusił mnie opis i chęć przeczytania dobrej fantastycznej książki. I muszę powiedzieć, że ta lektura warta była ryzyka. „Świat bez bohaterów” okazał się zupełnie inną historią, niż może się na początku wydawać. Co więcej, bogata jest w naprawdę dużo oryginalnych pomysłów, które zaskakują, niesamowicie wciągają, ale również potrafią dobrze rozbawić. Brandon Mull, choć wcześniej zbyt dobrze go nie znałam, okazał się naprawdę świetnym pisarzem, którego styl po prostu pokochałam.

   Wiele elementów książki  wygląda na naprawdę ciekawie skonstruowane. Weźmy na przykład rodzaje stworów i magicznych stworzeń (np. wielki krab czy też rozsadnik Ferrin). W wielu tytułach możemy spotkac elfy, trolle i inne stwory. Brandon Mull jednak stworzył wiele swoich kreatur i przez to odkrywanie nowych postaci przychodzi z większą ciekawością – w końcu chcemy dowiedzieć się o nich jak najwięcej, skoro czytamy o nich dopiero po raz pierwszy. Nawet same miejsca, w jakich toczy się akcja, czy sposoby praktykowania magii – to wszystko naprawdę jest ciekawe, ale i świetnie wygląda na tle całych wydarzeń. Nie brakuje niespodziewanych przygód i kolejnych etapów zagadek, co z pewnością ucieszy niejednego fana dobrej akcji.

   Zwrócę uwagę jeszcze na samych bohaterów: Jasona i Rachel. Spodobało mi się to, że autor nie tworzył z nich na siłę nastolatków zdolnych zrobić wszystko, nie uzdalniał ich ponad normę. Ich spontaniczność i poczucie humoru, ale również ciekawa pomysłowość świadczy o tym, że są na dobrej drodze do zdobycia wielu zwolenników wśród czytelników powieści. Polubiłam i jedną i drugą postać, ponieważ są różnorodni, jednocześnie inni i choć zwyczajni, potrafią zyskać na czyjejś sympatii. Ale generalnie nie stanowią tła dla rozgrywającej się akcji, tylko są jej czynnymi uczestnikami, dzięki czemu łatwiej jest o nich pamiętać i o nich mówić.

   Nie ma wątpliwości, że „Świat bez bohaterów” to kolejna świetna powieść fantasy. Choć opowiada o losach nastolatków i ich zmaganiach w magicznym świecie, myślę, że ta lektura spełni oczekiwania nawet samych dorosłych czytelników, którzy uwielbiają ten gatunek. Brandon Mull stworzył naprawdę ciekawą i oryginalną pozycję, o której nie będzie łatwo zapomnieć, a co więcej, wciąż będziemy łaknąc więcej i więcej przygód Jasona i Rachel. Całe szczęście to dopiero pierwsza część serii „Pozaświatowcy”, bowiem „Świat bez bohaterów” zaostrza apetyt czytelniczy na kolejne perypetie młodych bohaterów. Już nie mogę się doczekać drugiej części. Polecam gorąco!
Autor: Brandon Mull
Tytuł: Świat bez bohaterów
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 534

poniedziałek, 18 marca 2013

"Pan Przypadek i trzynastka" - Jacek Getner

Był sobie przypadkowy detektyw...

   Jacek Getner – pisarz, scenarzysta, dramaturg. Jego pomysły można poznać w znanych i lubianych serialach telewizyjnych, które goszczą na ekranach naszych telewizorów. Ale ostatnio można poznać go również od strony pisarskiej, gdzie zagościł pisząc powieści kryminalno – detektywistyczne. Miałam przyjemność przeczytać wcześniej „Dajcie mi jednego z was”, teraz, po premierze jego nowej książki, zapoznałam się z nową propozycją wyjętą spod jego pióra. „Pan Przypadek i trzynastka”, bo taki nosi tytuł, to rozpoczynająca serię czternastu powieści książka, opowiadająca przygody rodzimego detektywa z przypadku, o jakże oryginalnym nazwisku: Jacka Przypadka. Perspektywa zachęcająca – bohater, jak zapewnia autor, z charakteru podobny jest to znanych postaci Sherlocka Holmesa, doktora House’a, czy nawet porucznika Borewicza. Kto zna tych panów, wiadomo o czym mowa. Nie jestem jednak pewna, czy w stu procentach zgodziłabym się z porównaniem pana Przypadka do tych zdolnych postaci. Bohater nowej książki pana Getnera w pewnym stopniu różni się od wymienionych osób, a raczej nie powinien być do nich porównywany…

   „Pan Przypadek i trzynastka” to początek przygód rodzimego detektywa z przypadku, Jacka Przypadka. W pierwszej części bohater będzie się zmagał z zagadkami, które związane są w pewien sposób z cyfrą „trzynaście”. Zrabowane obrazy spod trzynastki, zaginiony skarb w starym domu pod numerem trzynaście, czy też skradziony tekst sztuki o ciekawym tytule „Trzynaste krzesło” – z tymi wszystkimi sprawami Przypadek zmierzy się całkowicie przez przypadek. Albo za namową sąsiadki, która w sprytny sposób zrobi z niego detektywa…

   Tak jak już wspomniałam, „Pan Przypadek i trzynastka” to kolejna powieść pana Getnera, którą miałam okazję przeczytać. Choć poprzednia nie zachwyciła mnie tak, jakbym tego oczekiwała, chciałam przeczytać więcej książek autora, aby mieć niejakie pojęcie o jego stylu pisania. Co w szczególności zauważyłam: wciąż widać błędy, jakie dostrzegłam w poprzedniej powieści. Generalnie chodzi o słabe rozwinięcie tematu, jaki został tutaj rozpoczęty. Kiedy mamy do czynienia z książką kryminalną lub powieścią detektywistyczną, oczekujemy tego, że wątki nas zaintrygują i zaciekawią, prawda?  Tym samym potrzebna jest treść, która skutecznie odda całą akcję i wszystkie zamysły autora. Pan Getner poszedł w nieco inną stronę – postawił na krótką fabułę, w której zawarte są trzy historie, napisane z perspektyw kilku osób, w wyniku czego panuje niemały chaos, po którym, choć coś może przypaść do gustu, czuć ogromny niedosyt. Jak na tak rozległe pomysły, tej treści wyszło zbyt mało, aby wciągnąć porządnie czytelnika. Tym samym tytuł stracił nieco na świetności.

   Główny bohater, Jacek Przypadek, to postać, która powinna błyszczeć na tle wszystkich wydarzeń. I tutaj pojawia się ten sam problem – jak na główną rolę, było jej znacznie za mało. Miałam wrażenie, że jego jakby nie ma, jakby jego rola była epizodyczna. Ponadto porównanie do tylu znanych postaci, jak sam Sherlock Holmes, było raczej zbędne. Nie dopatrzyłam się w nim specjalnych zdolności, chociaż czasem przejawiał bystrość umysłu, która wydaje się jedynie przypadkiem. Ogólnie rzecz biorąc ta postać nie robi wielkiego wrażenia, a w dodatku nie daje powodu do tego, aby pamiętać ją przez długi czas. Rozwiązanie zagadki błyskawicznie jak zrobienie zupki chińskiej, nie czyni jeszcze bohaterem, czy w tym wypadku dobrym detektywem, ale w szczegóły wnikać nie będziemy.

   W tego typu powieściach spodziewam się sporej dawki adrenaliny, intryg czy napięcia i zwrotów akcji. Niestety tutaj tego zabrakło – akcja jak szybko się zaczyna, tak szybko też kończy. Tak naprawdę nie mamy czasu zagłębić się w sprawę, jaka aktualnie nastaje, nie mamy możliwości sami polemizować, co mogło się wydarzyć – zagadka zaraz zostaje rozwiązana i tyle ją widzieli. Brakuje, naprawdę brakuje tej powieści (opowiadaniu) rozwinięcia. To, co zostało napisane, to jedynie zalążek tego, co może się wydarzyć. Działania, akcje, same zagadki i intrygi – to wszystko należałoby dobrze rozwinąć, aby uzyskać ciekawą powieść.

   Z bólem muszę to przyznać, ale to kolejny raz, kiedy czuję niemały zawód po przeczytaniu książki pana Getnera. Ale to dlatego, że mają one potencjał i nie został on wykorzystany w pełni przez autora, tak, jak można by tego oczekiwać. Wciąż te same błędy przyświecają jego karierze pisarza (za krótko i za mało rozwinięte) i mam nadzieję, że w przyszłości się one zmienią. „Pan Przypadek i trzynastka” w pewnym stopniu mi się podobało – to zasługa ciekawego stylu, ciekawego pióra, jakim posługuje się autor książki, ale cóż z tego, skoro cały temat mnie zawiódł. Będę czekać na kolejną część, aby sprawdzić, czy coś się zmieniło. Mam nadzieję, że tak i będzie to zmiana na lepsze, czego z serce panu Getnerowi życzę. W końcu chyba wszyscy pragniemy, aby w Polsce było mnóstwo dobrych pisarzy. Prawda?

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję autorowi, panu Jackowi Getnerowi!
Autor: Jacek Getner
Tytuł: Pan Przypadek i trzynastka 
Wydawnictwo: Poligraf
Rok wydania: luty 2013
Liczba stron: 202

sobota, 16 marca 2013

"Fałszywy książę" - Jennifer A. Nielsen

Książę jest tylko jeden - ten prawdziwy...

   O książce „Fałszywy książę” większość czytelników zdołała już co nieco usłyszeć. To pierwsza część Trylogii Władzy autorstwa amerykańskiej pisarki Jennifer A. Nielsen, która na swoim koncie ma już popularną (przynajmniej na tamtym kontynencie) serię fantasy The Underwold Chronicles . Co można powiedzieć o tym tytule? Generalnie wygląda ona na typ fantasy z przeznaczeniem dla dzieci i młodzieży czy też niezłą przygodówkę z uwzględnieniem dla nieco starszych wiekowo dzieciaków. Jednak radziłabym nie kierować się intuicją. Za podstępnym opisem kryje się fascynująca fabuła, która niesamowicie wciąga od początku do końca. Choć z jednej strony wygląda błaho, zapewniam, że ta książka ma w sobie wiele niespodzianek.

   Grupa czterech chłopców, wyrwanych ze szponów sierocińca, staje w szranki o objęcie tronu w odległej krainie. Aby zapobiec wojnie domowej w królestwie, arystokrata Conner postanawia osadzić na tronie fałszywego księcia, którym stanie się jeden z chłopców. Jeden z nich – czternastoletni Sage, jest wielce nieufny w stosunku do Connera, ale zdaje sobie sprawę, że objęcie tronu da mu możliwość pozostania przy życiu. W trakcie walki o władzę na jaw wychodzą skrywane tajemnice i oszustwa, aż w końcu przyjdzie czas na prawdę, jakiej nikt się nie spodziewał…

   „Fałszywy książę” należy do gatunku książek, po których z jednej strony oczekuje się wiele, a jednocześnie nie wiadomo, czego można się po niej spodziewać. Przyznam szczerze, że opis mnie zaintrygował, jednak nie miałam gwarancji, że mi się spodoba – wiadomo, trochę trąci od niego młodzieżówką pomieszaną z przygodami przeznaczonymi dla dzieci. Zaryzykowałam jednak i nie powiem, byłam mile zaskoczona. Fabuła książki nie jest oklepaną wersją fantasy, jaką można spotkać ostatnio na rynku, czuć wyraźnie powiew świeżości w całej historii. Co więcej, choć styl faktycznie jest trochę spłaszczony na potrzeby zrozumienia przez młodsze pokolenie, to w równym stopniu przypadnie on do gustu czytelnikom w każdym wieku. Bardzo szybko czyta się przedstawioną historię, przez rozdziały można przemknąć błyskawicznie, ale jest to swego rodzaju dobra odmiana, ze względu na fakt, że mimo takiej prędkości czytania wciąż jesteśmy w stanie zrozumieć każdy szczegół w fabule. I niesamowicie potrafią one zaciekawić.

   W przypadku książek gatunkowo podobnych, kiedy autor kreuje własny świat, własne zasady, wiele razy spotkałam się z mało rozwiniętym światem przedstawionym. Autorzy zbyt mocno przywiązywali uwagę do bohaterów aniżeli do świata ich otaczającego. „Fałszywy książę” należy do powieści całkowicie wykreowanej przez wyobraźnię autorki, ale łatwo zauważyć, że bardzo dobrze przyłożyła się i do stworzenia postaci i do wytworzenia miejsc, w których toczy się akcja. Od dawna nie miałam okazji czytać tak łatwo skonstruowanej, a jednocześnie bogatej w treść i elementy książki. Bardzo prosto jest rozeznać się w realiach panujących w fabule, a także bardzo łatwo jest rozpoznać każdy zakamarek, w których znajdują się bohaterowie. To bardzo ważna cecha tego tytułu, bowiem połączenie prostoty z perfekcjonizmem nie należy do standardów współczesnych książek, i choć można spotkać takie łączenie w wielu tytułach, w dużej mierze wyglądają zupełnie gorzej niż w tej powieści.

   Bardzo ważne są również ciągłe napięcie i mnóstwo zagadek, jakie znajdują się w fabule. „Fałszywy książę” jest bogaty w tajemnice i różnego rodzaju intrygi, które wzbudzają nieskrywaną ciekawość już na samym początku. Kiedy jest się w trakcie lektury, można odczuć wiele rozmaitych emocji, choć głównie są co ciekawość i chęć poznania dalszych przygód bohaterów. Ale nic w tym dziwnego, skoro poznajemy nie tylko walkę czterech chłopców o fałszywą władzę, ale również same ich przygotowania, które nie raz wyglądają naprawdę intrygująco. Jeśli mam być szczera, to czasem opisy tych wydarzeń nie były dobrze rozwinięte, czegoś im brakowało, niemniej jednak w równym stopniu wciągają podobnie jak cała reszta.

   Mówiąc jednym zdaniem, „Fałszywy książę” to powieść godna półki każdego mola książkowego, który ceni sobie dobrą fantastykę i powieść przygodową. Książka Jennifer A. Nielsen sprawia, że choć na chwilę można przenieść się do odległej krainy i poznać tajniki wielkiej intrygi, jaka ma miejsce z udziałem młodych chłopców. Z jednej strony wygląda na zdziecinniałą historyjkę, jednak nie radzę nieść się pozorami i uprzedzeniem. Ten tytuł mocno zaskakuje, w ogromnym stopniu pozytywnie, ale przede wszystkim nie jest przeznaczony tylko dla młodszej części czytelników. „Fałszywy książę” to bardzo ciekawa powieść, myślę, że jednak z lepszych, jakie ukazały się w tym roku wydawniczym. Miejmy nadzieję, że pozostałe części trylogii będą równie udane i w równym stopniu zdołają zjednać sobie czytelników, tych młodszych i starszych, jak udało jej się to pierwszym tomem. Serdecznie polecam, naprawdę warto!
Autor: Jennifer A. Nielsen
Tytuł: Fałszywy książę
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 392