poniedziałek, 2 grudnia 2013

"Miasto kości" - Cassandra Clare

Czy dostrzeżesz to, co ukryte?

   Seria „Dary anioła” to kolejna seria, która zawładnęła młodymi czytelnikami. Obok znanej Sagi „Zmierzch”, Trylogii „Igrzysk Śmierci” czy też „Akademia wampirów”, powiedzmy, została wyróżniona przez swoich fanów, zyskując na ogromnej popularności. Przeglądając wiele opinii na jej temat, można odnieść wrażenie, że seria ta jest wręcz wyjątkowa. Często zastanawia mnie taka masowa fascynacja, która po bliższym zapoznaniu książek, wydaje się wręcz… dziwna. Zwłaszcza wtedy, gdy tytuły okazują się nijakie, wręcz w żadnym stopniu nie obrazują tego, o czym mówią opinie innych. Tak stało się przy okazji lektury „Szeptem” Becci Fitzpatrick, która okazała się zdziecinniałą i niedojrzałą lekturą, ale blisko było również przy spotkaniu „Miasta kości” Cassandry Clare. Choć z jednej strony mocno wciąga, to z drugiej mało zachwyca. Czy na pewno wszyscy myśleli o tej samej lekturze, pisząc o niej własną opinię?

   Clary Fray to nastolatka jakich wiele. Jednak pewnego dnia okazuje się, że widzi coś, czego inni nie mogą zobaczyć. Na jednej z imprez dostrzega, jak zostaje zabity człowiek. I tylko ona jest tego świadkiem. Później okazuje się, że to nie był człowiek, a demon, którego zabił Nocny Łowca. Z czasem Clary odkrywa, że jej zdolność „widzenia” łączy ją z Mrocznym światem, o którym nic nie wiedziała, a jednak była z nim związana odkąd się urodziła. Kiedy zostaje porwana jej matka, wszystko się zmienia. Musi zaufać jednemu z nich, Jace’owi, jednak nie jest to takie proste, jak się może wydawać…

   „Miasto kości” jest pierwszą częścią serii „Dary anioła”. Dzięki popularności, jaką zyskała, niedawno mogliśmy obejrzeć jej ekranizację, która niestety niezbyt dobrze wyszła. Ale to po części zasługa samej książki, która, wybaczcie że to powiem, jest nijaka. Z jednej strony, owszem, potrafi wciągnąć, zaciekawić, rozbawić. Jednak to jedyne jej pozytywne cechy. Czytając historię Clary widzimy mocno schematyczną ścieżkę: zwykła nastolatka, odkrywa w sobie zdolności i dzięki temu wszystko w jej życiu się zmienia. Jest wyjątkowa. Ale czy na pewno? Jeśli przyjrzymy się wielu seriom/pojedynczym historiom, zauważymy, że ta ścieżka została już niejednokrotnie przebyta. Autorzy coraz częściej serwują nam tak schematyczne powieści, że naprawdę zastanawiający jest fakt, dlaczego stają się one tak popularne i lubiane. Czy podjęcie ryzyka stworzenia czegoś „innego” jest naprawdę tak wielkie?

   Wielokrotnie można się natknąć na wiernych fanów Clary i Jace’a. To prawda, są oni na swój sposób wyjątkowi. Nie zawsze jednak przejawia się to pozytywnie. Weźmy na przykład Jace’a. Został on stworzony po to, aby zyskał fanki. I tak się stało. Zastanawiające jest jednak to, czy bardziej przekonywujący był jego przypadkowy, mało śmieszny humor czy też „urok”, jaki rozsiewał wokół. Jest oryginalną postacią, jednak jego oryginalność ogranicza się do bycia irytującym w ogromnym stopniu. I jest strasznie mało wiarygodny. Już ostatnie momenty, kiedy Valentine zdołał go przekonać do tego, kim naprawdę jest… Serio? To ma być nasz „bohater”?

   Ciężko określić ten tytuł jako wybitny i zasługujący na ogromną sławę. Choć zyskał miano bestsellera, to jego treść w małym stopniu oddaje jego wysoką wartość. Już nawet ekranizacja, która miała dodatkowo napędzić zysk i popularność, nie wyszła tak, jak należy. Widząc tak marną adaptacje od razu powinniśmy się zastanowić, czy czegoś w tym nie ma. Prawda, że książka zawsze będzie lepsza, jednak gdy widzimy „Miasto kości” to stwierdzenie należałoby podwójnie przemyśleć… 

   Ile czytelników, tyle opinii. Z tym należy się zgodzić. Chociaż „Miasto kości” i cała seria „Dary anioła” zjednała sobie wielu czytelników, muszę z bólem stwierdzić, że mnie nie zdołała przekonać. Być może jestem już za stara bądź zbyt późno sięgnęłam po ten tytuł, jednak nie zmienia to faktu, że porządnie się rozczarowałam. Schematyczność, niekiedy banalność oraz wątłe postacie – tak można nakreślić w skrócie jej wady. Jest obszerna, potrafi wciągnąć i zaintrygować niektórymi wątkami, ale to tyle, jeśli chodzi o pozytywy. Choć próbowałam ją polubić, to jednak zbyt mało otrzymałam w zamian, aby to zrobić. „Dary anioła” to kolejna seria, której wartość jest w stu procentach przeceniana. Niestety, taka jest prawda…
Autor: Cassandra Clare
Tytuł: Miasto kości
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013 (II)
Liczba stron: 510

czwartek, 28 listopada 2013

"Carnivia. Bluźnierstwo" - Jonathan Holt

Wirtualny świat, który tworzy grozę...

   Często mamy do czynienia z powieściami, które mają większy rozgłos aniżeli własną wartość. To nic złego, że książka ma własną szeroko pojętą reklamę, jednak w niektórych przypadkach zachwalanie pod niebiosa tytułu, który dopiero ma wejść na rynek, jest lekką przesadą. Przykładem takiej sytuacji jest powieść Jonathan’a Holt’a pt. „Carnivia. Bluźnierstwo”. Z jednej strony kusi nas niesamowitą intrygą, którą podsyca nam zwiastun, przygotowany w celach marketingowych. Z drugiej, kiedy już sięgniemy po książkę, czujemy rozczarowanie. To przecież miało być takie dobre!
Jak widać, czasem nie warto słuchać reklam…

   Na stopniach kościoła Santa Maria Della Salute znaleziono zwłoki młodej kobiety, która ubrana była w szaty katolickiego księdza. Zbrodnia połączona ze świętokradztwem. Kapitan Kat Tapo dostrzega w tym wszystkim pewien związek: tatuaż kobiety i znalezione niedawno graffiti, jednak ma związane ręce, kiedy otrzymuje rozkaz zamknięcia sprawy. Pewien haker, który jest twórcą wirtualnej Wenecji, może być kluczem do odpowiedzi w tym śledztwie. Czy Kat podąży za jego śladem, czy też zgubi się w szlamie i błocie drugiej Wenecji?

   Treść tego thrillera z pewnością intryguje. Ma w sobie mnóstwo elementów, które mogą stworzyć coś wyjątkowego. Czy ta sztuka udała się autorowi tej książki? Po części na pewno. Jednak takie bogactwo może zostać też źle wykorzystane i niestety widać to w wielu miejscach tutejszej fabuły. Z pewnością nie należy czepiać się samego pomysłu ani stylu literackiego. Te dwa elementy są ze sobą ściśle powiązane i wyglądają naprawdę dobrze. Gorzej natomiast wygląda samo kreowanie niektórych sytuacji, poszczególnych wątków, rozmaitych opisów. Autor, jak można łatwo zauważyć, pewnie czuje się w tworzeniu scen i dialogów, jednak niekiedy można poczuć pewien przesyt treści, niektóre wątki są zbędne i przeszkadzają w czytaniu. Pojawiają się też w najmniej odpowiednich momentach, co prowadzi do niezłej dekoncentracji…

   Ten tytuł można śmiało traktować jako pewnego rodzaju wyzwanie. Jest to bowiem dość mało obszerna powieść jak na taką liczbę informacji. Ponadto zawiera dość sporo żargonu wojskowego, sporo treści o katolicyzmie, co zwykłemu czytelnikowi może utrudnić lekturę. Choć z drugiej strony można traktować ją jako źródło nowej wiedzy… Nie o to jednak chodzi. W tłoku tak wielu elementów duch tej zagadki, zaplanowanej intrygi, znika gdzieś pomiędzy wątkami. Chociaż czujemy tę ciekawość, która została w nas zaszczepiona jeszcze przed rozpoczęciem czytania, to powoli zanika, dlatego koniec może okazać się mniej spektakularny niż zakładaliśmy. Czyli kolejny powód do rozczarowania.

   Jest jednak jedna rzecz, która w tej książce bardzo przypadła mi do gustu. Chodzi o wykreowanie mrocznego portalu o nazwie Carnivia.com. To również Wenecja, jedynie wirtualna, w której dzieją się tajemnicze rozmowy, rozsiewane są plotki, a co najważniejsze: choć użytkownicy są anonimowi, twórcy portalu wiedzą wszystko na ich temat, począwszy od imienia skończywszy na zawodzie, w jakim pracują oraz ich życiowych problemach. Można znaleźć tam również plotki na własny temat, co jest intrygujące jak i straszne zarazem. Ten pomysł wyszedł autorowi naprawdę nieźle, dotąd nie spotkałam książki, gdzie jednym z motywów jest strona internetowa, która daje wiele satysfakcji, ale również szkodzi. Jest nieuchwytna. Pokusił się na oryginalność i ten sposób się udał. Nadaje powieści charakteru i choć nie jest ona najlepsza, to ten motyw z pewnością ją poprawia. 

   Ocena tej książki to naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony mamy do czynienia z intrygująca powieścią, w której śledztwo prowadzi przez korupcję, międzynarodowe konflikty i piękną Wenecję – tą prawdziwą jak i wirtualną. Fabuła jest mroczna, w pewien sposób wprawia w dreszcze i pozostawia po sobie wiele pytań bez odpowiedzi. Z drugiej jednak jej prawdziwe oblicze nie jest aż tak kolorowe: lekki przesyt, za dużo niepotrzebnych scen czy też po prostu ziejąca nuda, która pojawia się bardzo często. Niektórzy naprawdę poczują rozczarowanie, zwłaszcza, że obok takiego tytułu nie powinno przechodzić się obojętnie. Ale często tak intrygujące powieści są naprawdę mylące, dlatego warto mieć się na baczności. „Carnivia. Bluźnierstwo” to pierwsza część trylogii, więc z ostatecznym osądem poczekam do kolejnej części. Być może będzie dużo lepsza niż pierwsza i być może naprawi to zepsute wrażenie po swojej poprzedniczce. Tymczasem zostawiam Was z maleńkim pytaniem: jesteś pewny, że chcesz wejść do Carnivii? To tylko i wyłącznie Twój wybór…
Autor: Jonathan Holt
Tytuł: Carnivia. Bluźnierstwo
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 398

wtorek, 26 listopada 2013

"Odd Thomas. Diabelski pakt" - Dean Koontz

Duchy też potrzebują przyjaciół...

   Powieści graficzne mają to do siebie, że ułatwiają nam zobrazowanie sobie każdego wątku, który został stworzony przez autora. Bo w końcu cały obraz został już przedstawiony przez rysowników. Jednak nie jest to do końca lubiany zabieg przez czytelnika. Dlaczego? Nasza wyobraźnia przysypia podczas lektury komiksu. Jesteśmy jedynie świadkami gotowej już obrazkowej historii. Czyli nici z osobistego kreowania. Ale z pewnością są i pozytywne strony. Jeśli tylko pomysł jest dobry, wykonanie również nie należy do najgorszych, to historie mogą powstać całkiem interesujące. Na przykład taki „Odd Thomas. Diabelski pakt”, który mieści w sobie nie tylko obrazkową historyjkę o młodym człowieku, który widzi duchy, ale również intrygującą zagadkę kryminalną. Już sama idea brzmi nieźle, więc może warto się do komiksów przekonać?

   Odd Thomas to młody człowiek, który żyje w spokojnym miasteczku Pico Mundo i pracuje w małej knajpce. Jednak jest jedna rzecz, która go wyróżnia: Odd widzi duchy. Pewnego dnia spotyka ducha małego chłopca, który jest nieszczęśliwy. Okazuje się, że jego śmierć jest tylko początkiem, a pościg za zabójcą okazuje się trudniejszy, niż się wydaje. Co gorsza, wciąż planuje zabijać. I nie wiadomo, w którym kierunku za nim podążyć…

   „Odd Thomas. Diabelski pakt” to bardzo intrygujący komiks. Z jednej strony mamy lekko banalną historyjkę obrazkową, nie oszukujmy się, nie jest ona zbyt wymagająca, jednak z drugiej bardzo przekonywujący jest motyw zbrodni i całe śledztwo, nad którym pracuje bohater. Jestem miłośniczką kryminałów, dlatego to połączenie bardzo przypadło mi do gustu i chociaż ma pewne niedociągnięcia, w stylu łatwej zagadki czy też zbyt oczywistych tez, to właśnie forma graficzna wypełnia takie niedoskonałości. Autorka ilustracji – Queenie Chan bardzo dobrze poradziła sobie z graficznym przedstawieniem scenariusza. Jej szkice są miłe dla oka, szczegółowe, ale przede wszystkim perfekcyjne. Gdybym musiała wyobrazić sobie wszystkich bohaterów, nie wiem, czy wyglądaliby lepiej od oryginałów…

   Prócz powyższych cech, zbyt wiele więcej nie da się o tej powieści powiedzieć. Zaznaczę jednak również, że lektura „Odd Thomas. Diabelski pakt” okazał się całkiem przyjemnym doświadczeniem. Szybko i efektowanie można poznać całą historię, a co więcej, ma się wrażenie, że nie jest to tylko komiks, ale dobrze wyreżyserowana animacja, którą oglądamy, a nie czytamy. Duet Deana Koontz’a oraz Queenie Chan bardzo dobrze się sprawdził, więc mam nadzieję, że powstaną kolejne projekty i będą one równie efektowne, jak Odd Thomas. 

   „Odd Thomas. Diabelski pakt” to ciekawe literackie doświadczenie. Choć większą frajdę znajdą w nim miłośnicy komiksów, to wydaje mi się, że również zwykli pożeracze powieści wszelakiej maści znajdą w niej dla siebie wiele ciekawych aspektów, które zapamiętają. Jakość grafiki jest na wysokim poziomie, literacko – trochę kuleje. Jednak połączenie dobrego scenariusza z rysunkiem dało efekt ciekawej historii. Polecam.
Autor: Dean Koontz
Tytuł: Odd Thomas. Diabelski pakt
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 203

poniedziałek, 25 listopada 2013

"Powtórnie narodzony" - Margaret Mazzantini

Droga do szczęścia bywa długa i kręta...

   Są takie historie romantyczne, które źle nam się kojarzą. Romans jest banalny, uczucia sztuczne, a całość opiera się na intymnych relacjach, które tkwią tam aż do przesytu. Istnieją jednak również takie, które w subtelny sposób ukazują siłę uczucia, jakie potrafi się nawiązać między ludźmi. Z pozoru zwyczajnie wyglądające, a z czasem nabierające siły i namiętności, radości i wzajemnego porozumienia. Do tego typu historii z pewnością można zaliczyć tytuł „Powtórnie narodzony” autorstwa Margaret Mazzantini, chociaż nazwanie tej książki romansem jest czystym niedopowiedzeniem. To tylko przykrywka, pod którą istnieje prawdziwa i dramatyczna rozgrywka. Jeśli jeszcze nie słyszeliście o tym tytule, to wiedzcie, że właśnie poznajecie najbardziej piękną i jednocześnie smutną historię, jaka mogła ostatnio powstać…

   Gemma to z pozoru szczęśliwa i spełniona kobieta. Ma męża, dorosłego prawie syna i dom we Włoszech. Pewnego dnia zostawia to wszystko za sobą i wyrusza z synem do Sarajewa, szlakiem jej przeszłości. Na miejscu spotyka Gojko, bośniackiego poetę, jej dawnego przyjaciela, który tym razem również opiekuje się podczas jej pobytu w tym mieście. Dzięki niemu kiedyś poznała Diega – swą wielką miłość. Pobyt w Sarajewie jest dla niej swoistym przeżyciem, znów czuje ducha walki sprzed lat i czyste pragnienie macierzyństwa, jakie nią owładnęło. Nic nie jest jednak takim, jakim się wydawało, zwłaszcza wtedy, gdy Gemma w końcu poznaje całą prawdę…

   Dotąd wyczytałam dość sporo romantycznych powieści, jednak żadna nie zdołała mnie poruszyć w tak dużym stopniu, jak książka Margaret Mazzantini. „Powtórnie narodzony” to historia, która nie jest zwykłym obrazem romansu sprzed lat, do którego powraca bohaterka. Jesteśmy świadkami bogatej historii, która miała początek dawno temu, w Sarajewie, kiedy ludzie byli odstrzeliwani przez snajperów jak zwierzyna, a która ma piękne, a zarazem trudne konsekwencje. Gemma, główna bohaterka, nie tylko zakochuje się w amerykańskim fotografie, ale z czasem pragnie zostać również matką. Wokół kurz, brud i krew zabitych, a tak „zwyczajny” wątek dominuje i podsyca w nas emocje. Nie idzie się temu oprzeć. I to jest właśnie bardzo intrygujące połączenie: z jednej strony mamy do czynienia z romansem dwojga ludzi, miłością silną i czystą. Z drugiej zaś charakter powieści ma wymiar mocno dramatyczny. Nie należy jednak traktować osobliwie. To połączenie jest naprawdę świetnie skonstruowane i cała opowieść wręcz magiczna i niepowtarzalna.

   Cała konstrukcja, począwszy od charakterystycznych bohaterów aż po ich uczucia i środowisko, w jakim się znajdują, nadają fabule realny wymiar. Wszystko wygląda tak prawdziwie, tak realistycznie, iż można odnieść wrażenie, że nie jest to tylko fikcja literacka, ale prawdziwa opowieść pewnej kobiety, która pragnęła podzielić się z nami własnymi doświadczeniami. Widać wyraźnie, że autorce zależało na wiarygodnym przedstawieniu własnej historii i śmiało należy stwierdzić, że ten zabieg udał się w stu procentach. Czytając ten tytuł nie odczujemy czegoś w rodzaju sztucznych emocji, sztucznych i sztywnych uczuć. Poznamy za to coś pięknego, co zostało stworzone na bazie ludzkiego życia. 

   „Powtórnie narodzony” to wspaniała opowieść. Nic więc dziwnego, że zainteresowała ona producentów filmowych. Mam nadzieję, że zainteresuje również szerokie grono czytelników w Polsce, bowiem jest to historia z pozoru zwyczajna, a jednak potrafi wycisnąć z czytelnika wiele, bardzo wiele łez. Powieść ta jednak nie tylko wzrusza, ale jednocześnie nadaje inne spojrzenie na świat. Dramat, jaki rozgrywa się w tle, pozwala na zadanie sobie kilku istotnych pytań. Dogłębną interpretację pozostawiam jednak każdemu, kto zdecyduje się na lekturę tej książki. Niczego nie straci, a zyska bardzo wiele. Na przykład wiele pamiętnych chwil z lekturą. Bo o niej, tak naprawdę, trudno będzie zapomnieć. Polecam!
Autor: Margaret Mazzantini
Tytuł: Powtórnie narodzony
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 524

piątek, 22 listopada 2013

"Miodowa pułapka" - Unni Lindell

Uważaj na tego, kto mieszka za rogiem...

   Unni Lindell to norweska pisarka, która jawi się jako kolejna skandynawska autorka kryminałów. W ostatnim czasie na naszym rynku pojawiła się jej kolejna książka „Miodowa pułapka”, która powinna zachwycić fanów tego gatunku. Ale czy spełnia swoje zadanie? Można powiedzieć wiele na temat tej powieści, ale nie z pewnością to, że jest świetna. Choć ma w sobie pewien charakter, pewien ciekawy styl, to całość można potraktować jako swego rodzaju porażkę. Nie jest zła, beznadziejna czy też okropna. Jednak potrafi rozczarować i to porządnie…

   Pewnego dnia zaginął młody chłopiec. Nie wrócił ze szkoły do domu, a ostatnią osobą, która go widziała, jest podstarzała kobieta, która nie znosiła, jak dzieci deptały jej ogródek. Jakiś czas później znalezione zostaje ciało młodej kobiety. Te dwie sprawy są  od siebie różne, jednak komisarz Cato Isaksen doszukuje się w nich powiązania. Wszystko bowiem kieruje się w jedną stronę – do ciężarówki rozwożącej lody. I jej kierowcy. Czy uda się znaleźć motyw i sprawcę?

   Głównym problemem tej książki są zbyt banalne wątki, które w konsekwencji nie zostały dobrze rozwinięte. Czytając „Miodową pułapkę” można odnieść wrażenie, że wszystko dzieje się tam na raz. Brakuje pewnej chronologii, punktu zaczepienia, który skupi uwagę odbiorcy na jednym istotnym fakcie. Historia jest trochę pokręcona, łatwo się w niej zgubić, a co najgorsze – rozwiązanie kryminalnej zagadki przychodzi z ogromną łatwością. Końcówka powieści wcale nie staje zaskoczeniem, tylko potwierdzeniem własnych przypuszczeń. I choć w paru procentach pojawiają się dodatkowe „atrakcje”, których się nie spodziewaliśmy, rozczarowanie jest takie samo.

   Druga sprawa – bohaterowie. Czytając serie kryminalne, w których jeden z śledczych jest postacią przewodnią (w tym przypadku – Cato Isaksen), ta właśnie postać dominuje w całości, nadaje pewien charakter. Nie tłumi wydarzeń, ale jest znakiem rozpoznawczym danej serii, tak jak na przykład Harry Hole wykreowany przez Jo Nesbø czy też Maggie O’Dell – Alex Kavy. „Miodowa pułapka” ma w sobie wielu bohaterów i żaden się niestety nie wyróżnia. Zwłaszcza mało jest głównej postaci, Isaksena. Jest tak bezbarwny, że ledwo można go dostrzec. Pląta się tak po tej fabule, jakby był zmuszony do tego. Brak mu charyzmy, jakiejś ciekawej cechy, która wyróżniłaby go w tłumie. Tymczasem stał się niewidoczny, a co za tym idzie – łatwo go zapomnieć.

    Choć w stylu Unni Lindell jest widoczny charakter, to jej historia wcale go nie posiada. Jest prosty, łatwo się w niego wczytuje, a choć ma w sobie nutkę ciekawości, to wciąż pozostawia duże pokłady rozczarowania. „Miodowa pułapka” to na pewno niewymagająca lektura dla każdego, jednak dla miłośnika kryminałów, zwłaszcza tych ze Skandynawii, może być ogromnym zawodem. Dlatego nad lekturą, nad jej wyborem, radziłabym się zastanowić. Lepiej oszczędzić sobie czasu i nie dać się rozczarować. Żałuję, że ta powieść mnie nie przekonała. Naprawdę szkoda, bo czułam, że zapowiada się nieźle…
Autor: Unni Lindell
Tytuł: Miodowa pułapka
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 374

środa, 20 listopada 2013

"Na wczoraj" - Jerzy A. Wlazło

Podróże w czasie nie zawsze nam służą...

   Ile razy mieliśmy styczność z powieściami, które mają w sobie motyw podróżowania w czasie? Dość sporo. Na polskim rynku wydawniczym rzadko jednak uświadczymy tego rodzaju tematykę. A jednak znajdzie się taki, który pokryje się z tym tematem. „Na wczoraj” autorstwa Jerzego Wlazło, to powieść fantastyczna, skierowana do dzieci i młodzieży. I właśnie ten tytuł zawiera sobie element, jakim jest podróż w czasie. Młody bohater zmaga się z wieloma trudnościami, a podróże w niewielkiej czasoprzestrzeni pomagają mu w wielu sytuacjach. Wygląda ciekawie? Nie tylko tak wygląda – tak właśnie jest.

   Dwunastoletni Jerzyk to z pozoru zwyczajny chłopiec. Do czasu, gdy odkrywa w sobie umiejętność podróży w czasie. Jego zdolność doprowadza go do tajemniczego pana Wiktora, który zaintrygowany jest jego odkryciem. Uświadamia go, że jest jednym z transjerów – kimś, kto potrafi przemieszczać się w czasie. A w przypadku Jerzyka – zapamiętywać również wszystkie wydarzenia. Kiedy poznaje innych, podobnych mu ludzi, chłopak nie bardzo potrafi odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Boryka się z trudem wybrania, po czyjej stanąć stronie, za kim się opowiedzieć. Podróże w czasie i współpraca z panem Wiktorem okaże się naprawdę wielkim wyzwaniem…

   Wątek podróży w czasie nie jest obcy literaturze. Pojawiło się już sporo tytułów o podobnej tematyce. A jednak, kiedy co rusz odkrywam kolejny tytuł, ma w sobie coś, co potrafi zaskoczyć.  W przypadku „Na wczoraj” Jerzego Wlazło, zaskoczyła mnie cała konstrukcja powieści. Nie spodziewałam się, że z pozoru zwyczajna opowieść dla młodzieży stanie się kawałkiem niezłej fantastycznej historii. Od początku intrygującej, a do samego końca mocno wciągającej. Przygody młodego Jerzyka z każdym kolejnym razem stawały się nie tylko ciekawe, ale i fascynujące, co czytelnikowi sprawia podwójną frajdę. Nie dość, że nie może doczekać się kolejnej, to wciąż długo rozpamiętuje każdy miniony wątek. Szczerze przyznam, że dawno nie spotkałam powieści, która w ten sposób urzeknie mnie, jako odbiorcę. I cieszę się, że nadarzyła się taka okazja przy lekturze polskiego tytułu.

   Początek jednak nie należy do najlepszych. Jerzyk jest nieco bezbarwną postacią, opis jego wyczynów, jego zachowań są lekko dziecinne. Kompletny chaos, Wydaje się, że kolejne rozdziały, kolejne strony okażą się równie słabe, jak na początku. Całe szczęście – to tylko niewielka wpadka. Z czasem historia się rozwija, nabiera odpowiedniego tempa, a bohaterowie angażują się bardziej w swoje przygody. Dlatego warto zapamiętać, żeby nie sugerować się początkiem. Choć jest kompletnie słaby, to paradoksalnie, ale jednak, zwiastuje świetną historię.

   Patrząc z boku na ten tytuł, wydaje się, że jest on typową literaturą dziecięcą i młodzieżową. Tymczasem okazuje się, że również dorośli z łatwością odnajdą się w tej historii. Czasem może nieco „gryźć” w oczy ta dziecinność, która otacza głównego bohatera, ale nie zmienia to faktu, że jego przygody stoją na wysokim poziomie i potrafią oczarować nie tylko młodszych czytelników. I to właśnie jest bardzo duża zaleta tej książki – nie trzeba być dzieckiem, aby mieć niezłą frajdę z lektury. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 

   „Na wczoraj”, mówiąc krótko, to przede wszystkim ciekawa opowieść fantastyczna o młodym człowieku, który podróżował w czasie. Z pozoru zwyczajna historia, jednak w jej wnętrzu odnajdziemy wiele intrygujących i wciągających przygód nie tylko samego Jerzyka. Dodajmy również, że nie tylko młodsi odnajdą w niej zabawę, ale również dużo starsi, którzy zaczytują się w lekkich, a jednocześnie ciekawych lekturach. Powieść Jerzego Wlazło jest środkiem uniwersalnym, powiedzmy – dla każdego. Dlatego każdemu zalecam świeżą lekturę „Na wczoraj”. Naprawdę warto. 
Autor: Jerzy A. Wlazło
Tytuł: Na wczoraj
Wydawnictwo: koobe.pl [e-book]
Rok wydania: wrzesień 2013
Liczba stron: 358 [papier]