sobota, 16 listopada 2013

"Trzeci klucz" - Jo Nesbø

Harry Hole na tropie Ekspedytora

   Jeśli ktoś lubi kryminały, z pewnością zna lub przynajmniej kojarzy nazwisko Jo Nesbø. Jego cykl powieści z komisarzem Harry’m Hole niejednego czytelnika zdołał zainteresować. Nic w tym dziwnego – prosta postać, jakim jest śledczy, wzbudza pewne zaufanie i nadaje całej historii swego rodzaju realność. „Trzeci klucz” to kolejna część serii, dokładnie czwarta. W tym momencie można się zastanowić, czy nadal panuje w cyklu dobry poziom i charakter. Odpowiedź prosta – jak najbardziej. Można dodać nawet, że z każdą kolejną częścią lubimy autora i jego książki coraz bardziej. To dobre uczucie. Zwłaszcza, że do końca zostało całkiem sporo tytułów…

   W jednym z norweskich banków dochodzi do napadu. Z rąk bandyty ginie młoda kasjerka. Do akcji wkracza komisarz Harry Hole, który wraz z nową partnerką próbuje rozwikłać zagadkę, kim jest tajemniczy Ekspedytor. Nie jest to jednak proste, kiedy ginie również dawna znajoma śledczego – Anna. Będąc w kręgu nieoficjalnych podejrzeń Hole musi zaczerpnąć wszelkich środków, aby zapobiec kolejnym napadom oraz odsunąć od siebie podejrzenia. Nawet, jeśli oznaczałoby to spółkę z przestępcą. Naprawdę groźnym i skazanym przestępcą…

   „Trzeci klucz” to kolejna już część z cyklu o Harry’m Hole. Zawsze w przypadku serii kryminalnych, z jednym śledczym w roli głównej, czytelnik musi być ostrożny – nigdy bowiem niewiadomo, czy gdzieś po drodze nie zepsuje się cały charakter nie tylko bohatera, ale również jego otoczenia. Jo Nesbø jednak bardzo dobrze dba o to, aby jego bohater wciąż pozostawał niezmienny, cały czas normalny i przede wszystkim prawdziwy. Bo Harry Hole właśnie taki jest – nieidealizowany, zwyczajny człowiek z problemami. Jedyną jego pozytywną cechą, to dobry zmysł śledczego. Za grosz szczęścia. Mnóstwo pechowych związków. I pije na umór, Jim Beam to jego dobry kumpel Jak to wygląda? Mrocznie, niechlujnie, ale zwyczajnie. I prawdziwie. I to właśnie w dużej mierze przyczynia się do dużego sukcesu całej serii.

   Jo Nesbø po raz kolejny udowadnia, że zagadka kryminalna nie musi być mocno skomplikowana, ale za to dobrze ukryta. „Trzeci klucz” właśnie pokazuje ten przykład – popełniono zbrodnię, więc poszukiwany jest przestępca. Poszlaki, tropy, podejrzani, a między tym wszystkim – igranie z czytelnikiem. Nic nie jest bowiem tak proste, jak zakładamy na początku. Wydaje nam się, że już mamy pod nosem rozwiązanie, aż chce się krzyczeć: „no przecież to takie proste!”. Ale jak się okazuje, zostajemy totalnie zaskoczeni. I to nie raz. Bowiem zagadek kryminalnych jest tu dużo więcej, niż w zwyczajnej powieści sensacyjnej czy czysto kryminalnej. Sam główny bohater wplatany jest w brudną sprawę, co nadaje tej powieści jeszcze ciekawszego wyrazu. 

   O tej książce można dużo powiedzieć, pytanie tylko: w jakim celu? Aby przekonać się o jej wartości, należy samemu zaczerpnąć lektury. Bo prócz podstawowych zalet, które wymieniłam, są różnego rodzaju detale, które dla jednych będą ważne, dla niektórych mniej istotne. Ironiczny humor, dużo akcji, poszlak co nie miara, grono podejrzanych, czy też policjant alkoholik z nosem do spraw kryminalnych – tego nie da się prosto i logicznie opisać. Jo Nesbø to pisarz z wielkim talentem i to widać na pierwszy rzut oka. Wystarczy przeczytać, na ten przykład „Trzeci klucz” i już wiadomo, o co chodzi. Zachęcam gorąco do lektury. Naprawdę warto.
Autor: Jo Nesbø
Tytuł: Trzeci klucz
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 424

wtorek, 12 listopada 2013

"Prywatna sprawa" - Lesley Lokko

Miłość też ma swoją cenę...

   Często podkreślam, że literatura obyczajowa jest w pewien sposób czytelnikowi potrzebna. Nie musi zachwycać magią, nie musi intrygować zagadką kryminalną, ale przede wszystkim musi być zwyczajna. Tak jak zwyczajni ludzie, jakimi jesteśmy. Takie lektury pozwalają na dostrzeżenie tego, co istotne – tego, że inni też borykają się z wieloma problemami. I tak jak my przeżywają chwile szczęścia. Choć są w stu procentach fikcją literacką, nie przeszkadza to zażyłym relacjom, jakie tworzą się na linii bohater – odbiorca. A tak dzieje się naprawdę często. Również w powieści Lesley Lokko pt. „Prywatna sprawa”, której fabuła nie jest sielankową historią…

   Abby i Meaghan są żonami oficerów armii brytyjskiej. Ich życiu towarzyszy niepokój o mężów, ale również ciągłe przeprowadzki, aby być bliżej swojego mężczyzny. Burzliwe lata dają o sobie znać, zwłaszcza w momencie, kiedy dochodzi do gwałtów i morderstw młodych dziewczyn. Podejrzenie pada na jednego z oficerów, co niesie ze sobą wiele konsekwencji. Czy sprawcę tych okropności uda się odnaleźć i oddać sprawiedliwości?

   Okładka tej książki, można powiedzieć, nie odzwierciedla emocji i wydarzeń, jakie mają miejsce w powieści. Przynajmniej w dużej mierze. „Prywatna sprawa” autorstwa Lesley Lokko bowiem jest książką, która ma w sobie wiele urokliwych momentów, ale również mrocznych stron. Miłość i przyjaźń kontra niepewność i ciemne strony życia w wojsku. To ciekawe zestawienie, intrygujący kontrast. Autorce udało się napisać historię obyczajową, która obfituje i w radosne chwile i smutne, tragiczne momenty. I zrobiła to w taki sposób, że nie sposób nie wychwycić w niej mnóstwa emocji, jakie towarzyszą fabule i jej bohaterom. Przyznać trzeba, że czyta się to z nieskrywaną zachłannością, która powstaje już po pierwszym rozdziale. I do samego końca zostaje z czytelnikiem.

   „Prywatna sprawa” to w dużej mierze opowieść o miłości. Nie są to jednak płytkie romanse, które mamy często do czynienia spotykać, ale bardzo dobrze rozwinięte i dojrzale opisane uczucie, którego nie sposób przeoczyć. Towarzyszy bohaterom na różne sposoby i to w taki sposób, że aż chce się o tym czytać, naprawdę. Rzadko można spotkać książki, w których uczucia między bohaterami są „prawdziwe”, niczym niezmącone. A tutaj dostrzegamy tego praktycznie w każdym zakamarku fabuły. Wielkie gratulacje i podziękowania dla autorki. To wymaga nie tylko talentu, ale również mocnego emocjonalnego wyczucia. Lesley Lokko, jak widać, tego w żadnym stopniu nie brakuje.

   Jak można zauważyć, prócz zwyczajowych wątków tej powieści obyczajowej, książka zawiera również element zbrodni. Pojawiają się ofiary, podejrzenia, spekulacje. To powoli zmienia całą koncepcję zwykłej obyczajówki, co jednych może ucieszyć, innych wręcz przeciwnie. Jednak, co najważniejsze, w żaden sposób to ze sobą nie koliduje. Historia jest spójna, treściwa i bardzo wciągająca. Dodatkowe elementy nie szkodzą, a dopełniają ją, dlatego zyskuje ogromnie na wartości. Kolejny i w dodatku ogromny plus do umiejętności autorki. 

   Jeśli do tej pory nie słyszeliście o tej książce, bądź omijaliście ją z różnych powodów, to czas, aby zmienić tę postać rzeczy. „Prywatna sprawa” Lesley Lokko to nic innego jak kawał bardzo dobrej, a nawet świetnej historii, której łatwo ani szybko się nie zapomina. Z jednej strony zwyczajna, z drugiej zaś bogata w różnorodne wątki, które od samego początku wciągają czytelnika. Sami spójrzcie, że wygląda to naprawdę ciekawie. Polecam szczególnie miłośnikom obyczajów. To materiał na kilka dobrych godzin lektury, które spędzicie naprawdę w interesujący sposób. Zachęcam gorąco do lektury. Naprawdę warto.
Autor: Lesley Lokko
Tytuł: Prywatna sprawa
Wydawnictwo: Świat książki
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 510

sobota, 9 listopada 2013

"Nieletni pełnoletni" - reż. Jon Lucas, Scott Moore

Nie ma to jak przyjaciele...

   Kto widział na własne oczy słynną trylogię filmową „Kac Vegas”, wie, do czego zdolni są jej twórcy. Na kolejny ich projekt nie musieliśmy długo czekać. Niedawno powstała produkcja „Nieletni pełnoletni”, która pokazuje, co alkohol robi z ludźmi. Tym razem w nieco młodszym wieku. W końcu 21-urodziny to nie byle jaka okazja, prawda? Bohaterowie tego filmu nie tylko opijają zdrowie swojego kolegi, ale również borykają się z tego konsekwencjami. Poznajecie ten schemat z „Kac Vegas”? Jakież to typowe! Ale ile przy tym zabawy…

   Jeff Chang jest wzorowym uczniem. Szykuje się do najważniejszego egzaminu w życiu… Dzień wcześniej koledzy postanawiają uczcić jego urodziny. Za kilka godzin będzie pełnoletni. Ta noc nie może skończyć się na jednym piwie... Nieudany skok z balkonu do basenu, ucieczka przed napalonymi nastolatkami z kijami baseballowymi i sprint po dachach samochodów w bikini z pluszowym misiem w... a do tego żubr na zebrze. Tysiące siniaków, setki śladów damskiej szminki na ciele i potworny kac, a za dwie godziny egzamin do najbardziej prestiżowej szkoły… To wszystko nie tak miało wyglądać.*
  
Słynne „Kac Vegas” to swego rodzaju klasyka współczesnej komedii. Ko oglądał, wie, na czym polega
idea tych filmów. Twórcy tych produkcji wzięli się ostatnio również za inny film, również z morzem alkoholu w tle. Tym razem jednak dotyczy trojga przyjaciół, którzy oblewają pełnoletniość jednego z nich. Nie kończy się to dobrze. Mają mało czasu, aby doprowadzić wszystko do porządku… Przyznam, że to w dużej mierze przypomina schemat „Kac Vegas”. Ale, jeśli widzieliście te filmy, z pewnością poznacie się na też komedii „Nieletni pełnoletni”. Z jednej strony jest to prześwietna komedia, w której dużo prawdy o tym, jak wygląda współczesna impreza. Z drugiej jednak można dostrzec elementy, które mogą, że tak ujmę, zniesmaczyć, a to za sprawą odważnych scen. Chociaż wiele już tyłków na ekranie widziano, tutaj producenci poszli o krok dalej. Nie wnikajmy jednak w szczegóły. Chociaż, jeśli mam być szczera, postać grana przez Skylar’a Astin’a skutecznie zakłóciła mój pogląd na jego osobę. Jesse z filmu „Pitch Perfect” już nigdy nie będzie tak niewinny…

   To jest właśnie film z rodzaju komedii, które swoją banalnością bawią każdego. Nie musi być nie wiem, jak skomplikowany, bohaterowie mogą rzucać zwykłe teksty, a jednak ich zachowanie i cały zarys fabuły po prostu doprowadza widzów do niezłego śmiechu. Głupota – pomyśli kilka osób. W pełni można się z nimi zgodzić. Nic tak nie śmieszy człowieka jak głupota innych ludzi. W tej produkcji widać to w całej okazałości.

    Jak to mówią, szału nie ma, ale „Nieletni pełnoletni” z pewnością przypadnie do gustu wielu osobom. Nie jest to wysoko poziomowa komedia, która doprowadza śmiechem do łez, ale ma w sobie pewien urok, który niezaprzeczalnie kusi do obejrzenia tego tytułu. Twórcy „Kac Vegas” po raz kolejny udowodnili, że film nie musi być bogaty w przesłania. Po prostu bawi, śmieszy, czy też doprowadza do wielu do puknięcia się w czoło. Mówiąc krótko o tej produkcji – przede wszystkim zwariowana. Ale w bardzo pozytywny sposób. Dlatego jeśli czujesz się zaintrygowany – śmiało oglądaj. Nic nie stracisz, a nieźle się ubawisz. 
*opis wydawcy
Reżyseria: Jon Lucas, Scott Moore
Tytuł: Nieletni pełnoletni
W rolach głównych: Skylar Astin, Justin Chon, Miles Teller, Sarah Wright
Rok produkcji: USA 2013
Czas trwania: 90 min.

czwartek, 7 listopada 2013

"Formacja trójkąta" - Mariusz Zielke

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle...

   Jeśli choć przez jakiś czas mieliście styczność z Czarną Serią kryminałów, to z pewnością obiło Wam się o uszy nazwisko Mariusza Zielke. Polski autor „Wyroku”, która swego czasu wywołała niezłą burzę na polskim rynku, ostatnio wydał kolejny tytuł – „Formacja trójkąta”. Jest to kolejna książka z serii o skandalach i sensacjach w polskiej sieci biznesu i polityki. Wydaje się to niepojęte i trudne, zwłaszcza, że wielu czytelników nie lubi grzebać w literaturze, która „ubłocona” jest polityką. Autor udowadnia jednak, że to jedynie tło dla ciekawych bohaterów i przede wszystkim – mocnej zagadki. Sensacja goni sensację, na szczycie władz dzieją się dziwne rzeczy. Kto zabił? Wiele pytań. Ale jakże świetne odpowiedzi.

   Kiedy ginie prezes warszawskiej giełdy, rodzi się wiele pytań na temat motywów zbrodni. Bartek Milik, młody i jeszcze „świeży” dziennikarz wraz z agentką ABW próbują rozwikłać zagadkę, kto stoi za śmiercią mężczyzny. Stają w obliczu ogromnego niebezpieczeństwa, które zagraża ich życiu, jednak nie poddają się i doprowadzają sprawę do końca. Mnóstwo teorii, zero poszlak. Nikt nie jest tym, za kogo go uważają. Świat polityki i biznesu okazuje się brudniejszy, niż mogło im się wydawać…

   Chociaż nie jestem fanką afer politycznych i biznesowych, to książka Mariusza Zielke niesamowicie mnie zaintrygowała. I myślę, że podjęłam dobrą decyzję, bowiem powieść okazała się niebywale wciągająca. I oczywiście dobrze rozpisana. W kryminałach najistotniejszą rzeczą jest zagadka, kto zabił, kto jest sprawcą tych wszystkich rzeczy, które się dzieją. Ukrycie prawdy do samego końca udaje się nielicznym, jednak są i tacy, którzy nieźle wkręcają czytelnika. I do tych autorów można śmiało zaliczyć Mariusza Zielke. Co prawda pewne przebłyski się pojawiały, pewne podejrzenia można wysnuć, jednak jest to tylko namiastka prawdy. Koniec okazuje się całkowicie niespodziewany, a motywy wprost zaskakują swoją banalnością a jednocześnie – skomplikowaną historią. Taka sztuka udaje się raz na kilkadziesiąt powieści. „Formacja trójkąta”, jak się okazuje, należy do tego zaszczytnego grona.

   Skoro mamy dobrą zagadkę, nie może również zabraknąć bohaterów, którzy ją rozwiążą. I to w niezłym stylu. Głównymi postaciami tej książki jest młody dziennikarz i agentka ABW. Dwa różne światy, dwie różne osoby, wspólnie podejmują walkę z przestępcami. Nie jest to jednak proste, przed nimi wiele wyzwań, ucieczek, kradzieży czy też włamań. Wszystko po to, aby doprowadzić do prawdy. Należy przyznać, że wygląda to co najmniej interesująco – dwie zwykłe osoby, a jednak łatwo z nimi sympatyzować, co jest ważne, kiedy sami próbujemy domyśleć się całej prawdy.

   Kiedy słyszymy słowo kryminał, od razu zarysowuje się przed nami pewien schemat: zbrodnia – śledztwo-wynik śledztwa. Nie raz są to mocno utorowane wątki, które w szybki i dość nudny sposób opisują cały proces śledztw i motywów. I nic w tym fascynującego. „Formacja trójkąta” w pewien sposób naśladuje ten system, jednak dodatkowo pojawiają się elementy, które pozbawiają go szarej barwy. Afery polityczne, afery erotyczne, sensacja, intrygi na najwyższych szczeblach w państwie… Tego nie da się dostatecznie opisać. A jednak Mariuszowi Zielke ta sztuka się udała i to naprawdę dobrze. Zmieścić tak bogatą historię na niespełna czterystu stronach? Możliwe, ale czy w tak intrygujący i ciekawy sposób?

    „Formacja trójkąta” to powieść sensacyjno - kryminalna. Ale nie taka typowa. Ma w sobie tyle elementów, tyle wątków, że nie sposób je wszystkie wymienić w tej chwili. Przytaczając jednak w skrócie jej świetny wygląd, można powiedzieć, że zagadka ukrywa się pomiędzy aferą w biznesie, polityce i erotyzmie, który otacza cały ten „bajzel”. I tych dwoje (nie)zwykłych ludzi, którzy walczą o to, aby dotrzeć do prawdy… Mnie to przekonuje. Mam nadzieję, że Was również. Polecam!
Autor: Mariusz Zielke
Tytuł: Formacja trójkąta
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: październik 2013
Liczba stron: 387

poniedziałek, 4 listopada 2013

Przedpremierowo: "Wiedeńska gra" - Carla Montero

Oszczędzaj na zaufaniu...

   Mówi się, że przed debiutantem długa droga. No właśnie, czy każdy początkujący pisarz, który wydaje swoją pierwszą powieść, musi być skazany na te słowa? Nie koniecznie. Dowodem jest chociażby hiszpańska autorka książki „Szmaragdowa tablica”, Carla Montero, której debiutancka powieść okazała się świetnie rozegraną historyczną intrygą. „Wiedeńska gra”, bo taki tytuł nosi, w żadnym wypadku nie wskazuje na początkującego pisarza. Każdy wątek jest niesamowicie dobrze rozegrany, nie ma miejsca na głupie błędy. Wygląd fabuły wprost zachwyca. Choć mówi się, że ideały nie istnieją, to w tym miejscu trzeba powiedzieć, że „Wiedeńska gra” w dużej mierze jest niemal ideałem…

   Rok 1913, Hiszpania. Isabel po stracie rodziców i porzuceniu przez narzeczonego trafia pod skrzydła swojej ciotki – księżnej blisko związanej z cesarskim dworem Franciszka Józefa. Tam piękna Isabel trafia na wielu mężczyzn, u których wzbudza namiętność i romantyczne uczucia. Ale to jedna z wielu gier, jakie prowadzone są w tym miejscu. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Nawet piękna Hiszpanka skrywa tajemnice, o których ci nie śnili. W powietrzu wisi widmo wojny, a tajna orientalna sekta jest gotowa ją rozpętać. Czy w tej grze intryg uda się dojść do spokoju i ładu?

   To zaskakujące, że debiut może okazać się tak okazale fantastyczną powieścią. Z reguły jest tak, że pierwsze książki autorów mają swoje niedociągnięcia, wiadomo, taki świeżak w całym systemie. Carla Montero jednak wyłamuje się spod tego systemu. „Wiedeńska gra” to książka, którą opublikowała jako pierwszą i aż trudno wyjść z podziwu dla jej talentu pisarskiego. Przede wszystkim świetnie opanowała umiejętność oszukiwania czytelnika. Kiedy jesteśmy przygotowani na wielką ilość intryg, nawet nie jesteśmy skłonni wyrazić naszego zaskoczenia, w jaki sposób są one rozegrane. Przewidujemy dalsze kroki bohaterów, ale są one oczywiście błędne. To samo dotyczy każdych wydarzeń na przestrzeni całej fabuły – na każdym kroku czai się zagadka, której nie da się łatwo rozwiązać. Dopiero autorka ujawnia rozwiązanie, rzecz jasna, którego się nie spodziewaliśmy. Godna pochwały umiejętność.

   „Wiedeńska gra” należy do kręgu powieści historycznych. Początek wieku XX, gdzie w powietrzu czai się widmo wojny. Jednak ten szczegół zajmuje drugoplanowe miejsce. Fabuła jest siecią wszelakich intryg, knowań bohaterów (których swoją drogą jest bardzo wielu) i zagadek dotyczących głównego problemu – tajnej sekty, która dąży do wybuchu wojny i totalnej zagłady. W tym miejscu można mówić bardziej o sensacji, o bardzo dobrym thrillerze, gdzie historia jest jedynie tłem. Ale nie byle jakim, bowiem świetnie uzupełnia cały obrazek. Bez tej aury XX-wiecznej, kto wie, co wyszłoby z tej powieści.

   Podobnie do drugiej książki Carli Montero „Szmaragdowa tablica”, „Wiedeńska gra” to również fabuła pełna napięcia i mrocznych tajemnic. Aura zagadek sięga dość głęboko, bo aż po sam życiorys głównej bohaterki, ale o tym trzeba przekonać się na własnej skórze. To zaskakujące, chciałoby się wciąż powtarzać. I to powtórzenie można stosować do całej fabuły. Zdaję sobie sprawę, że wychwalam tę książkę naprawdę ponad niebo. Ale nie da się tego ująć inaczej. Wystarczy sięgnąć po „Wiedeńską grę” i wszystko stanie się jasne. Zapewniam. 

   Mówiąc w bardzo wielkim skrócie: „Wiedeńska gra” to świetna powieść z intrygującymi zagadkami w tle. Nie brakuje jej werwy, ciekawych bohaterów czy też ogromnej ilości zagadek, które towarzyszą każdemu powstałemu wątkowi. Carla Montero to pisarka bardzo utalentowana i mam nadzieję, że prócz wspaniałej „Szmaragdowej tablicy” oraz opisywanego powyżej tytułu, będziemy mieli okazję poznać jeszcze wiele tajemniczych powieści. Taki autor to skarb dla literatury światowej, dlatego cieszmy się, że trafił również do naszego kraju, razem z tak bogatymi tytułami. Zachęcam do lektury. Naprawdę warto.
Autor: Carla Montero
Tytuł: Wiedeńska gra
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 5 listopada 2013
Liczba stron: 400

sobota, 2 listopada 2013

"Alchemia miłości" - Eve Edwards

Miłość czy kochanie? - oto jest pytanie...

    Romanse historyczne przeważnie są do siebie mocno podobne. Łączy ich pewien schemat, który łatwo dostrzec w każdego tego typu powieści. Mimo wszystko, zagorzali fani tego gatunku z ochotą sięgają po kolejne tytuły, bowiem mają w sobie coś ciekawego, jakąś cząstkę, która pozwala na fantastyczną lekturę. „Alchemia miłości” autorstwa Eve Edwards, wydawać by się mogło, również należy do typowego romansu z tłem historycznym. A jednak ma w sobie pełno uroku, który zamienia fabułę w subtelny obraz. Ten tytuł trafił do mnie przez przypadek. I ten przypadek okazał się świetną lekturą.

   Wiek XVI. Hrabia Dorset, młody Will Lacey musi szybko okiełznać ruinę majątkową, jaką pozostawił mu w spadku jego ojciec. Aby to się stało, powinien ożenić się z posażną panną, których nie brakuje na dworze Elżbiety I. Jednak serce Will’a bije tylko dla jednej kobiety – Ellie, która posiada jedynie bezwartościowy hiszpański tytuł. Kiedy rodzina naciska na niego, aby ożenił się z bogatą szlachcianką Jane, chłopak staje przed nie lada trudnym wyborem: wybrać sercem czy rozumem?

   Współczesny czytelnik z pewnością częściej wybiera współczesną literaturę aniżeli historyczną. I to jest błąd, bowiem powieści z tłem historycznym są równie ciekawe, jak te, które dzieją się w dzisiejszych czasach. I można opowiedzieć to na przykładzie tytułu „Alchemia miłości”. Przyznaję, że tytuł brzmi nieco jak stare dobre harlequiny, ale tutaj jest to zwykła przykrywka. Pod tą przykrywką skrywa się wciągająca i urokliwa historia dwojga młodych ludzi, którzy w świecie trudnych wyborów muszą skrywać własne uczucia. Nie jest to typowy romans, ale subtelna historia dla młodych czytelników, którzy z pewnością będą nią oczarowani. Wiadomo, że słowo romans kojarzy się z banalnym i szybkim uczuciem, ale w tej powieści autorce udało się wyciągnąć esencję z tego słowa i zastąpić je czymś naprawdę wyjątkowym.

   Uczucie dwojga bohaterów zostało ujęte w bardzo dojrzały sposób. Z jednej strony dotyczy naprawdę młodych osób, z drugiej – łączy ich coś prawdziwego, namacalnego. Od początku nadana została pewna zasada, w myśl której autorka poprowadziła tych dwoje postaci. Wygląda to w ten sposób, że od początku wiemy, jaki będzie finał, ale bez względu na to kibicujemy bohaterom w ich wyborach i ich przygodach. To naprawdę wielka zaleta książki, świadczy to o umiejętnościach autora w kreowaniu tego typu powieści. Powstaje zatem nie ckliwy romans dwóch młodocianych postaci, ale dojrzałe uczucie, które przeplata się z przeciwnościami losu. Schemat znany, ale jednak lubiany.

   Warto również zwrócić uwagę na bohaterów. Ich cechy są różnorodne, każdy z nich jest inny i nadaje ciekawy charakter całej historii. Możemy spotkać kobieciarza, twardo stąpającego po ziemi szlachcica, zabawne trio braci, „fałszywą” służkę czy też skrycie dobrą szlachciankę. Postaci zwyczajne, ale jednak mają w sobie coś interesującego. I to oni w dużej mierze przyczyniają się do tego, że powieść wygląda w taki a nie inny sposób… 

   Ta powieść należy do tego typu książek, o których nie da się długo opowiadać. A to za sprawą tego, że są proste i nieskomplikowane, a jednak tak urokliwe i dobrze napisane, że mówi się o nich w samych superlatywach. Dlatego jeśli ktoś powie o tej książce, że jest po prostu dobra, należy uwierzyć mu na słowo – bo to szczera prawda. „Alchemia miłości” autorstwa Eve Edwards to dobra, a nawet bardzo dobra powieść historyczna i romantyczna. Więcej nie trzeba dodawać. Uwierzcie mi na słowo. Polecam serdecznie!
Autor: Eve Edwards
Tytuł: Alchemia miłości
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 384