czwartek, 2 lipca 2015

"Wszystkie świństwa świata" - Jolanta Mokrzyńska

Za kulisami dziennikarstwa...

   Kiedyś po kryminał polski sięgałam rzadko. Bardziej interesowały mnie tytuły zagraniczne - Skandynawia czaiła się za każdym rogiem. Z czasem jednak polski kryminał stawał się coraz lepszy, a co za tym idzie – coraz więcej książek znalazło miejsce na mojej półce. Niedawno skusiłam się na ciekawy tytuł pani Jolanty Mokrzyńskiej: „Wszystkie świństwa świata”. Nie powiem, czułam, że może to być to „coś”. Jednak po pierwszych stu stronach wiedziałam, że wszystko przepadło. Przewidywalny, przewidywalny i jeszcze raz przewidywalny – tak podsumowałam ten kryminał. Chociaż miło się czytało, po tych kilkudziesięciu stronach rozwiązanie zagadki nasuwało się samo. Zdecydowanie za mało tajemnicy znalazło się w fabule…

   Aleksander Rawski – znany prezenter stacji telewizyjnej. Kiedy nie zjawia się pewnego dnia w pracy, nikt nie podejrzewa, że coś mogło się stać. Kilka dni później w warszawskich parkach przypadkowi ludzie znajdują coś okropnego – kawałki ludzkiego ciała. Śledztwo trafia do samego środka telewizji, w którym wyjdą na jaw wszystkie kłamstwa i świństwa świata…

   Opis skromny, ale jakże podkreśla intrygującą zapowiedź. Nic tylko złapać za książkę i czytać aż do końca. Niestety, ten kto regularnie podczytuje ten gatunek może poczuć się rozczarowany. Na początku wszystko wydaje się w porządku – wprowadzenie intryguje, czuć w powietrzu zapowiedź zbrodni i nadchodzące kłopoty bohaterów. Relacje między nimi również ciekawie się prezentują, fajnie budują wątki poboczne, które ubarwiają historię. Zaraz jednak coś się psuje – wątek romansu lub bardziej próby romansu zaczyna dominować, kryminał schodzi na dalszy plan. Szczerze, to pogubiłam się całkiem. Wyjaśnienie zbrodni i śledztwo pojawiają się sporadycznie, miałam wrażenie, jakby wszystkie wątki pozamieniały się miejscami. Czy to romans z kryminałem w tle, czy też powinno być odwrotnie? Dodajmy do tego całkiem jawne domysły i rozwiązanie mamy jak na tacy. Nie trzeba być Sherlockiem, aby samemu dojść do prawdy…

   Jedyne, co tak naprawdę ratuje sytuację, jest styl autorki. Widać wyraźnie, że z pisaniem (niekoniecznie książek) miała do czynienia już wcześniej, co rzutuje na jakość tekstu. Czyta się płynnie, można się wciągnąć. Ponadto, powiem szczerze, często czułam ten sarkastyczny ton dziennikarzy, czy też fale pożądania, jakie opływały bohaterów. Autorka świetnie nakreśliła emocje i uczucia bohaterów – można było je poczuć. Szkoda więc, że z konstrukcją fabuły poszło już gorzej. Z takim talentem pisarskim powstałby kryminał idealny.

   Wiele osób entuzjastycznie przyjęło powieść pani Mokrzyńskiej. Nic w tym dziwnego, w końcu pisze bardzo dobrze. Jednak bardziej wymagający czytelnik może odczuć rozczarowanie - „Wszystkie świństwa świata” to kryminał, w którym tak naprawdę kryminału brak. Większa uwaga skupia się na relacjach bohaterów, co spycha wątek zbrodni na dalszy plan. Więcej zaangażowania widać na samym końcu, kiedy sprawa się wyjaśnia – co z tego, skoro zakończenia można domyśleć się dużo wcześniej. Zawiodłam się, naprawdę. Nie znaczy to jednak, że komuś innemu się nie spodoba. Szukającym niewymagającej acz wciągającej lektury – polecam. Innym zalecam przemyślenie sprawy…
Autor: Jolanta Mokrzyńska
Tytuł: Wszystkie świństwa świata
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 416

wtorek, 30 czerwca 2015

"Pandemia" - Jana Wagner

Ucieczka przed śmiercią...

   „Pandemia” - czytając sam tytuł przechodzą nas ciarki. I słusznie. Powieść Jany Wagner, utalentowanej rosyjskiej pisarki, to gatunek mieszany – nieco thrillera i postapokalipsy. W dodatku świetnie skonstruowanej. Historia tutaj zawarta to istny rarytas dla fanów gatunków – jest w niej wszystko, co najbardziej w nich kochamy: spora dawka mrożących krew w żyłach emocji, chaos, czarny scenariusz jutra, duża ilość niewiadomych… Żadnej przypadkowej sielanki, ciągła walka, niepewny koniec. I można by tak wymieniać bez końca, ale warto podsumować ją krótko: to naprawdę dobra powieść, od której nie sposób się oderwać. Nawet podczas apokalipsy…

   Wybuch nieznanej dotąd choroby nie daje nadziei na przyszłość – nie istnieje żadna szczepionka, nie zwalczają ją żadne leki…Społeczeństwo popada w ruinę, ludzie w panice próbują ratować siebie i swoje rodziny. Tylko na siebie mogą teraz liczyć… Jedną z uciekinierek przed zarazą jest Anna, która wraz z rodziną wyrusza w daleką drogę w nadziei, że uda im się ocaleć. Nic nie jest proste, kiedy brakuje wszystkiego – żywności, paliwa, ciepła. W dodatku choroba szerzy się w zastraszającym tempie, ciągle stawiając podróżnym przeszkody. Dodatkowym obciążeniem dla Anny jest konflikt z byłą żoną Sieroży, jej partnera, która również dołączyła do uciekinierów. Kobieta musi poradzić sobie nie tylko ze strachem, ale również zazdrością…

   Z pewnością to jeden z tych tytułów, o których myślimy: „wow, to było coś!”. Jana Wagner stworzyła niebywale doskonałą historię, w której na każdym kroku coś nas elektryzuje. Postapokaliptyczne historie bywają naprawdę intrygujące, jednak „Pandemia” to istna bomba niespodzianek i ponurej fabuły, która sprawia, że mamy gęsią skórkę za każdym razem, kiedy coś się dzieje. A dzieje się, oj dzieje! Od samego początku autorka funduje nam niezłą jazdę – wybuch epidemii nieznanej dotąd choroby, chaos, panika, zamykanie granic, próba ratunku bliskich… Z tych oto momentów tworzą się kolejne: planowanie ucieczki, podróż do odległego miejsca, napotykane wciąż przeszkody, konflikty międzyludzkie. Przez całą powieść ciągle coś się dzieje, nie ma miejsca na krótkie przystanki, a jeśli już, to po chwili znów akcja dostaje rozpędu. Książka dzięki temu jest niebywale dynamiczna i wciągająca. Taka, jaka powinna być.

   „Pandemia” to również powieść drogi, bowiem większość akcji stanowi ucieczka głównych bohaterów. Ich podróż staje się tematem numer jeden, czytelnik śledzi każdy ich krok z ogromną ciekawością, bowiem autorka zafundowała mu iście bogaty zestaw problemów i przeszkód, jakie napotykają bohaterowie. Nie ma zmiłuj, wciąż pojawiają się jak grzyby po deszczu; mnogość okrucieństwa i czarnych scenariuszy może być lekko przytłaczający, jednak nie tutaj. Wagner stworzyła ten obraz po mistrzowsku, kreując go niebywale realnie. Między fikcją a rzeczywistością widnieje naprawdę cienka linia, dlatego powieść wydaje się być bardziej prawdziwa z każdym kolejnym wątkiem. Czyta się ją jak naprawdę świetny dreszczowiec, wizje, jaki budzi w głowie czytelnika, są mroczne i niepokojące, a jednak tak intrygujące, że pragnie więcej. I jeszcze więcej i więcej tak dobrych lektur.

   Istotnym faktem jest również to, że autorka nie koloryzowała, nie dodawała żadnych udziwnień, które z pewnością zepsułyby efekt. Przez całą powieść trzyma się szarej wizji, która ma na celu wywołać w czytelniku emocje. Najróżniejsze emocje. Ponadto zaserwowała ciekawy koniec, który pozostawia nam pole do własnej interpretacji: czy na pewno im się uda? co będzie dalej? jak potoczą się ich losy? co z chorobą? ale że to już koniec? Niby tak, a jednak czujemy lekki niedosyt pomieszany dla kontrastu ze satysfakcją. Dawno nie czułam czegoś takiego po skończeniu lektury…

   Nie ma co do tego wątpliwości - „Pandemia” to fantastyczna opowieść, w której próżno szukać wad. Wciąga, hipnotyzuje, wstrząsa do głębi. Pokazuje to, co może stać się kiedyś – chociaż mamy świadomość, że to fikcja, czujemy jej prawdziwość. Autorka opowiedziała tę historię w sposób mistrzowski – od początku zaintrygowała i do samego końca trzymała w napięciu. Mam tylko nadzieję, że w przyszłości nikt nie wpadnie na to, aby ją zekranizować. Niektóre książki zasługują bowiem na to, aby pozostać w takim stanie, jakim stworzył je ich autor. Czy polecam? Oczywiście. Całym sercem.
Autor: Jana Wagner
Tytuł: Pandemia
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 433

poniedziałek, 29 czerwca 2015

"Broadchurch" - Erin Kelly

Niewybaczalna zbrodnia...

   „Broadchurch” - tytuł, który staje się coraz bardziej znany. Na początku dzięki świetnemu brytyjskiemu serialowi, dziś również jako książka. Dokładnie w tej kolejności. Jak to jest stworzyć historię na bazie obrazu? Erin Kelly postanowiła wykorzystać swoją szansę i przeniosła zbrodnię na papier. Czy ta sztuka jej się udała? Trudno powiedzieć. Z pewnością jest to kawałek wciągającego kryminału, który widzowie poznali wcześniej na ekranie. Z drugiej zaś strony, czytając papierową wersję „Broadchurch”, mamy wrażenie, jakby historia była pozbawiona wielu elementów – zaskoczenia, napięcia, nastroju, czy nawet emocji. Autorka być może miała dobre zamiary, ale czy napisanie tej książki nie było jedynie wykorzystaniem popularności tytułu? Po skończeniu lektury wnioski mogą nasunąć się same…

   Broadchurch – małe, nadmorskie miasteczko, w którym mieszkańcy wiodą spokojne życie. Ład i porządek niszczy niespodziewana zbrodnia – ktoś zamordowała zaledwie 11-letniego Danny'ego Latimera i porzucił jego ciało nad brzegiem morza. Sprawę prowadzą miejscowa sierżant Ellie Miller oraz Alec Hardy, który okryty złą sławą sprawy Sandbrook przybywa do Broadchurch. Śledztwo staje się skomplikowane; według Hardy'ego każdy może być odpowiedzialny za zbrodnię, Miller zaś nie potrafi podejść do sprawy mniej emocjonalnie – w końcu osobiście znała rodzinę Latimerów, a Danny był przyjacielem jej syna. Jedno jest jednak pewne – sekrety mieszkańców wyjdą na jaw, a miasteczko nigdy więcej nie będzie takie samo…

   Zazwyczaj stosuję zasadę: najpierw książka, potem film. W tym przypadku wszystko wyszło na opak – sięgając po „Broadchurch” miałam za sobą dwa sezony serialu. Moja ciekawość jednak była tak ogromna, że mimo znajomości fabuły, postanowiłam sięgnąć po książkę. W końcu wielu przekonywało, że jest jeszcze lepsza i bardziej zaskakująca niż jej serialowy odpowiednik. Przeczytałam. I muszę powiedzieć, że strasznie się rozczarowałam. Pomijam fakt, że od początku wiedziałam, „kto zabił”, ale nie sądziłam, że otrzymam coś tak… prostego. Czyta się fajnie i szybko, co świadczy o umiejętności autorki do pisania, jednak zabrakło większych emocji, większego napięcia, czegoś, co sprawiłoby, że serialowy obraz poszedłby w niepamięć. Fabuła książkowego „Broadchurch” to jedynie zlepek „suchych faktów”, jakby Kelly kopiowała tekst scenariusza na zasadzie dodania kilku czasowników i przymiotników, by połączyć wszystko w całość. Często można odczuć wrażenie, jakoby pewne sceny urywały się nagle, autorka przechodziła od jednej sprawy do drugiej znienacka, porzucając rozpoczęte wywody. Zabrakło mi w tych momentach głębszych emocji, które pozwoliłyby na lepsze wczucie się w sytuację.

   Oglądając serial, każdy wątek wydaje nam się ciekawy. Producenci stworzyli fajny klimat, pokazując spokojne miasteczko, którego ład burzy niespodziewana zbrodnia. Prócz dobrze zgranej obsady, która uwydatniła głębokość ludzkich emocji, mamy przed oczami barwne krajobrazy, ciekawe ujęcia, które polepszają klimat. I to jest to, czego tej książce brakuje. Nie mówię, że autorka powinna połowę opisów przeznaczyć przyrodzie – absolutnie! Chodzi mi jednak o to, że to, co buduje dobre imię serialowi, na pewno nie zbuduje książce. To, co udało się pokazać, nie zawsze uda się opisać w fabule. Bo chociaż Erin Kelly potrafi pisać, potrafi stworzyć wciągającą lekturę, to jednak zabrakło jej umiejętności, by oddać świetność tej historii. Fan kryminału z pewnością odczuje braki, bez względu na to, czy widział serial czy też nie. Bo niestety „Broadchurch”, ta książkowa wersja, to historia zwyczajna jakich wiele…

   Miałam nadzieję, że odnajdę w tym tytule to „coś”, tak jak znalazłam w serialu. Jednak nie udało się i strasznie czuję się zawiedziona. „Broadchurch” to taka prosta historia, w której dzieje się akcja bez zbędnych udziwnień, bez żadnych rozmyślań i spekulacji. Suche fakty, mówiąc w skrócie. Bo co to za historia, w której praktycznie nic się nie dzieje? A dziać się powinno, w końcu to kryminał – pytania „kto zabił?” i „dlaczego?” powinny wisieć w powietrzu przez cały czas. Dlatego z pewnością nie jest to dobra pozycja dla tych, którzy widzieli serial – pozbawiona zaskoczeń historia doprowadzi ich do tych samych wniosków.
Mimo wszystko jednak nie warto jej od razu skreślać. Czyta się płynnie, szybko, można się wciągnąć. A jeśli zaczynamy naszą przygodę z kryminałem – też można przeczytać. Zdecydowanie polecam ją takim osobom – mało skomplikowana, ciekawa, być może i zaskakująca. Na dobry start z kryminalną lekturą w sam raz.

Autor: Erin Kelly
Tytuł: Broadchurch
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 430

środa, 11 marca 2015

"Quilling. Cuda z papieru. Daj się wkręcić!"

Zakręcona zabawa!

   Wiele osób pyta mnie o hobby. Że książki – to oczywiste. Jednak od jakiegoś czasu zajmuję się również Quillingiem.  A cóż to takiego? – pytają wtedy. To coś zarówno prostego i efektownego, z czego można zrobić praktycznie wszystko. Jest to technika zwijania papieru, tworzenia ozdób z cienkich paseczków papieru, które uformowane w różne kształty tworzą obrazek bądź figurę w 3d. Tę technikę coraz częściej widujemy na kartkach świątecznych/urodzinowych, a nawet małych modelach przestrzennych. Świetnie to wygląda, prawda? Jeśli zatem chcielibyście zacząć swą przygodę z Quillingiem, zachęcam do zapoznania się z ciekawą książeczką Joanny Tołłoczko i Piotra Syndomana. Znajdziecie tam wszystko, co potrzebne jest początkującym quillingowiczom.


   Chociaż trochę tej techniki poznałam, z wielką chęcią przejrzałam poradnik. Znajdziemy w nim wszystko, czego potrzebuje każdy początkujący – od opisu narzędzi potrzebnych do tworzenia quillingowych elementów aż po przykładowe prace, które można wykonać. Prosto, krok po kroku, z dobrą ilustracją – wszystko, by ułatwić sprawę. Bo Quilling sam w sobie jest naprawdę prosty, wystarczy chęć i trochę pomysłów, by z papieru stworzyć naprawdę cudowne rzeczy. A przy okazji nieźle się zrelaksować…

 Czego nauczymy się, sięgając po poradnik? Wielu rzeczy. Na początek najważniejsze - kształty. Z jednego paska, który ukręcimy w małe kółeczko możemy wiele zdziałać - od charakterystycznej łezki, po inne figury geometryczne, z których uformujemy zaś inne kształty (listki, serduszka, płatki kwiatów). Druga rzecz - kwiaty. W quillingowym stylu znajdziemy wiele rodzajów, które pięknie ozdobią nasze kartki lub inne obrazy. Poradnik pokazuje te najciekawsze, które najprościej zrobić, ale jednocześnie najlepiej wyglądające:) Co więcej? Pomysły na zrobienie ozdób świątecznych, kartki na walentynki, małe zwierzątka, a nawet biżuteria! Wszystko w jasny i prosty sposób, idealny na początek naszej zabawy ze zwijaniem:)
Przykładowe zawijasy



   Ten poradnik z pewnością sprawdzi się jako pierwszy nauczyciel. Technika Quillingu to fajna sprawa, naprawdę potrafi wciągnąć. A przy tym nieźle ozdobić nasz dom. Można nawet pokusić się o oryginalną zakładkę do książki – to naprawdę proste! W książce Tołłoczko i Syndomana znajdziemy wszystko, czego potrzebujemy na początek: zachęcające słowa, dokładne instrukcje i przykładne zdjęcia. Aż się chce samemu mieć takie ozdoby! Jako maniak quillingowania zachęcam do poznania tego poradnika. To naprawdę wartościowa rzecz. Polecam!
Autor: Joanna Tołłoczko, Piotr Syndoman
Tytuł: Quilling. Cuda z papieru. Daj się wkręcić!
Wydawnictwo: Buchmann
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 110

Quilling to ciekawa sprawa, o czym przekonali się moi znajomi i rodzina. Mam coraz więcej "zamówień" na kartki i prezenty dla ich znajomych. Jesteście ciekawi, jak to wygląda w praktyce? Poniżej wrzucam Wam przykładowe moje prace :) Wybaczcie jakość, ale zgrywałam je z telefonu...
Zachęcam Was do próbowania - naprawdę warto :)

niedziela, 8 marca 2015

The best of BBC #2 - "Muszkieterowie"

Dziś dzień wyjątkowy - Dzień Kobiet. Z racji naszego święta, Drogie Panie, przygotowałam dla Was wpis o ciekawej BBC-owskiej produkcji - "Muszkieterowie". Tych zacnych trzech (a raczej czterech) panów znamy nie od dziś, adaptacji filmowych i serialowych powieści Dumasa mieliśmy w ostatnich latach dość sporo. Jednak ta ostatnia, wspominana dzisiejsza wersja, spodobała mi się nie tylko ze względu na sympatię do brytyjskiego akcentu. Ale dlatego, że kostiumowych seriali tak dobrze jak BBC nie produkuje nikt inny :)
Zabójczo przystojni i ceniący kobiece wdzięki bohaterowie powracają w wielkim stylu. Romantyczny Aramis, hazardzista Portos, pogrążony w mrocznej przeszłości Atos i młodzieńczy D’Artagnan - mistrz dedukcji i sprytu. XVII-wieczna Francja - muszkieterowie, elitarni żołnierze nieudolnego króla Ludwika XIII-tego walczą ze spiskującym kardynałem Richelieu, tropią dworskie spiski, walczą w imię honoru i … zdobywają kobiece serca. Mistrzowsko zrealizowany serial kostiumowy; znani bohaterowie i świetnie zachowany klimat epoki w całkiem nowej, zaskakującej historii stworzonej przez Adriana Hodgesa ("Siły pierwotne", "Rzym"). Takiej wersji muszkieterów jeszcze nie było!

Bardzo, ale to bardzo wciągający serial. Jeśli jesteście fanami powieści Dumasa, lubicie kostiumowe produkcje - z pewnością polubicie tę wersję Muszkieterów. Wierne odtworzenie obrazu tamtej epoki stwarza klimat dla dziejących się wydarzeń. I wbrew pozorom - to nie historia o podbojach przystojnych żołnierzy. Choć, moje Drogie - jest czym nacieszyć oko ;) 
Fani kryminalnych zagadek również odnajdą w nim coś dla siebie, w końcu każdy odcinek to intrygujący spisek, porwania, walki, strzelaniny, etc. Czasem brutalny, ale umiarkowanie. Dużo akcji, trochę romansu i nieco humoru. I wszystko otoczone świetnymi kostiumami!
Wam polecam uwadze sezon pierwszy, tymczasem uciekam na seans najnowszego odcinka. Do usłyszenia!
 

wtorek, 3 marca 2015

"Mechaniczne pająki" - Corina Bomann

Zbrodnia wśród wynalazków...

   „Mechaniczne pająki” Coriny Bomann to powieść, która na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajna. Jedynie charakterystyczna okładka przykuwa większą uwagę. Czy ma zatem w sobie coś więcej, coś, co zainteresuje wielu czytelników? Steampunk to słowo intrygujące i w świecie książek coraz częściej powtarzane. Jeśli więc są osoby, które lubią ten nurt, na pewno tytułem nie będą rozczarowani. Szary i mroczny Londyn, który znika pod obłokiem pary i w tłoku maszyn – a pośród tego zbrodnia i wielka zagadka. Interesujące, prawda? Chociaż całość to ulepszona wersja wiktoriańskiego świata wynalazków i maszyn, na pewno nie pożałujecie. Ale ostrzegam – przygody Violet wciągają jak dobrze działające kółka zębate. Jak tylko zaczniesz, nie będzie odwrotu…

   Rok 1888, Londyn. Violet Adair to młoda dziewczyna, która szykuje się do debiutu w kręgach miejscowej arystokracji. Nie jest ona jednak typową przedstawicielką swojego wieku – Violet w tajemnicy przed wszystkimi oddaje się pasji konstruowania wynalazków, które ukrywa w swoim laboratorium. Kiedy podczas balu, który odbywał się w jej domu, dochodzi do przykrego incydentu – jeden z lordów umiera – Violet postanawia rozwikłać zagadkę tej śmierci. Chociaż sprawą zajmuje się sam Secret Service królowej, dziewczyna chce osobiście dowiedzieć się prawdy. Zwłaszcza, że zagrożone jest życie innych lordów i Violet  pragnie chronić swojego ojca…

   Przyznam szczerze, że najbardziej do lektury zachęcił mnie wątek kryminalny – jako miłośnik tego gatunku wprost nie mogłam odpuścić. Czasem miewałam również styczność ze steampunkiem, a poza tym – uwielbiam wiktoriański Londyn. Mimo wszystko jednak do tego tytułu potrzebna jest niejaka rezerwa, bo chociaż wszystko wygląda interesująco, a fabuła niesamowicie wciąga, to zbyt wielkie wymagania mogą popsuć nam wrażenia i co nieco nas rozczarować…

    Przede wszystkim należałoby jednak zaznaczyć, że autorka świetnie wczuła się w klimat – szarość, mrok, pełno maszyn, sztywne zasady… Czuć wyraźnie pasję i zainteresowanie tym nurtem. Fabuła została nakreślona w sposób dobrze przemyślany, intrygujący i w dużej mierze przypominający XIX-wieczny Londyn. A chociaż większość wynalazków i wygląd otoczenia to w większej mierze jedynie wyobraźnia pisarki, wcale a wcale to nie przeszkadza. Mało tego – dostajemy powieść, w której wiele się dzieje, mamy do dyspozycji sporo elementów, które przykuwają naszą uwagę i tym samym lektura staje się dużo bardziej interesująca. Jedynie najwierniejsi fani i znawcy tematu mogą mieć pewne „ale” – ale to nic, w końcu to tylko książka. I bez trzymania się kanonu może powstać coś naprawdę dobrego.

   Warto również przyjrzeć się wątkowi kryminalnemu. Mamy tu do czynienia ze zbrodnią, tajemniczą dodajmy i od razu czujemy, że będą tego konsekwencje. I tak to się właśnie zaczyna – niepozornie, tajemniczo i podejrzanie. Częściej czytuję współczesne kryminały, ale ten wątek wcale nie był od nich gorszy – autorka poprowadziła sprawę w dobrym kierunku, dozując fakty i przedstawiając je w dobrym tempie, podsycając przy tym niesamowicie ciekawość czytelnika. Nie powiem, niespodzianek było sporo i chociaż pod koniec nieco szybko nadchodzi rozwiązanie zagadki, to warto przeczytać tę historię. Ten cały wątek został świetnie wkomponowany w całość, dlatego powieść wydaje się spójna, intrygująca i od początku do końca ciekawa. Tajemniczy zabójca i ciekawe wynalazki? Kto by się nie skusił!

   „Mechaniczne pająki”, mówiąc pokrótce, to świetna i wciągająca powieść, która porwie niejednego czytelnika. Bije od niej czysta pasja autorki, dlatego historia wydaje się być bardziej realistyczna i zobrazowana. Fajnie wygląda wątek kryminalny, świat wiktoriański i wymyślone bądź ulepszone przez pisarkę wynalazki – całość ciekawie się łączy, tworząc intrygującą opowieść. Nie jest to może idealna i wyjątkowa książka, jednak ma w sobie to „coś”. I to „coś” z pewnością Was urzeknie. Polecam serdecznie!
Autor: Corina Bomann
Tytuł: Mechaniczne pająki
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 416